Wysłany: 11-10-2007, 16:44 Los Haitises, Dominikana
Los Haitises
Po udanej wycieczce na Cataline z Ludmiłą stwierdziliśmy, że nigdy więcej nie pojedziemy na wycieczkę w towarzystwie Marcina. Powodów jest kilka ... m.in. będąc z Ludką nie musieliśmy słuchać obelg pod adresem Polaków.
Wyjeżdzamy o 8.00 rano. Nie pamiętam pierwszego etapu podróży - ponieważ go przespałam Stwierdziałam, że mogę sobie na to pozwolić, gdyż ten odcinek widziałam wcześniej (wycieczka na Półwysep Samana - wieloryby). W czasie drogi zatrzymujemy się w przydrożnym zajeździe, gdzie można napić się kawy.
Potem krajobrazy nie pozwolają mi już zasnąć. Widoki w czasie drogi do Sabana de la Marsą bajeczne. Szczególnie mam na myśli przyrode. Góry i bujna, dzika, tropikalna roślinność są fascynujące. Im bliżej parku, tym ciekawiej. Siedzę z nosem przy szybie - a to jakiś osiołek pasący się przy drodze, a to pole z arbuzami, owoce kakaowca, pamarańcze i grejfruty, to znów jakaś młoda kobieta piorąca ubranie w rzece ...
Mijamy kolorowe domki z werandami, sklepiki, stragany - przejeżdzamy też przez dzielnicę, gdzie bieda z nędzą na dobre się zadomowiły. To nie są miłe widoki. Z domków pomalowanych na kolory - płatami schodzi farba, są też takie zbite z paru desek, maleńkie chatynki bez szyb, niektóre z całkiem zabitymi deską oknami, a z czegoś co przypomina drzwi zionie czarna pustka. Wyglądają na opuszczone, ale w niektórych da się dojrzeć posłanie ułożone na ziemi... Patrząc na to wszystko miałam uczucie, jakby czas się tu zatrzymał na dłużej. Wokół niektórych domków pasie się "garbate" bydło, po podwórku biegają świnie w czarne łaty, a na płocie suszą się ubrania.
Droga robi się coraz gorsza, samochód telepie na wszystkie strony. W asfalcie coraz więcej dziur, a w pewnym momencie kończy się i asfalt...
Przed nami na niebie kłębią się chmury, powoli robią się coraz większe i ciemniejsze. Kierowca mówi, że wjeżdzamy w samo centrum burzy ...
Docieramy do Parku Los Haitises. Słońce nadal świeci, ale większą część nieba ogarnęła już szarość. Na miejscu wsiadamy do łodzi, pracownik parku spogląda na horyzont nieba - po czym przynosi nam żółte, ciężkie płaszcze przeciwdeszczowe. Na razie nie są nam potrzebne, więc upychamy je pod nogami na łodzi i ruszamy ...
Płyniemy poprzez robiące niesamowite wrażenie kanały, wśród metrowej wysokości poskręcanych korzeni.
W pewnym momencie chłopak kierujący łodzią przyspiesza i wyciąga silnik do góry, okazuje się że zaraz pod powierzchnią wody widoczny jest duży korzeń przecinający drogę. Teraz już wiemy, dlaczego podniósł silnik do góry ,żeby nie stracić śruby.
To korzenie mangrowców, mówi Ludmiła - roślin złożonych z wiecznie zielonych drzew rosnących na wybrzeżach lub w ujściach rzek, podczas przypływu zalewanych wodą morską , aż po korony. Mangrowce to ciekawe rośliny - mające dwa rodzaje korzeni. Korzenie oddechowe - rosną pionowo do góry, nad powierzchnią wody i dostarczają powietrza korzeniom zalanym wodą, natomiast korzenie podporowe - wyrastają z pędów i korzeni powietrznych i zakotwiczają roślinę w mule. Tego typu rośliny gromadzą wodę w liściach i przez liście wydzielają sól, woda paruje z nadziemnych części roślin obniżając temperaturę rośliny co chroni ją przed przegrzaniem.
Ludmiła opowiada o ptakach, jakie żyją w gestych lasach mangrowych: pelikany, ibisy, fregaty, papugi ... Kilka z nich widzieliśmy. Jeśli chodzi o roślinność - najwięcej jest chyba pnączy.
Wraz z opuszczeniem lasu mangrowego pojawiają się pierwsze delikatne krople deszczu. Szybko narzucamy płaszcze przeciwdeszczowe, chwilę później przychodzi nawałnica. Ciepłe, intensywne strugi deszczu przysłaniają krajobraz wzgórz. Dziwne uczucie. My w niewielkiej łodce na wodzie, a wokół nas szara ściana deszczu, przez którą niewiele widać. W towarzystwie wielkich kropli tropikalnej ulewy docieramy do pierwszego przystanku - jaskini Arena Grotte.
To najsławniejsza jaskinia Parku. Ludmiła oprowadza nas po jaskini o piaskowym dnie. W pewnym momencie nad głowami rozlega się pisk. Ludmiła przyświeca latarką - to nietoperze.
W niektórych częściach jaskini jest bardzo ciemno, z trudem rozpoznajemy kopiec termitów. Powoli zmierzamy do wyjścia, deszcz przestał padać, ale słońce zakrywają chmury. Ludmiła pokazuje nam jeszcze "wartowników" jaskini.To dwie wyrzeźbione w skale, po obu stronach wejścia - twarze Taino. Jest jeszcze trzecia twarz, ale z dala od wejścia i lekko ukryta.
Wracamy do motorówki, chłopak który z nami płynie wrzuca mi pod nogi małego kraba. O rany !!! Nie lubię takich niespodzianek ....
Płyniemy dalej. Mijamy pozostałości dawnego molo, na których obecnie przesiadują mewy i brązowe pelikany.
Następny przystanek i druga, ostatnia już jaskinia do zwiedzenia.
Jaskinia Linea.
Wysiadamy z motorówki, na pomoście pełno małych, śmiesznych krabów. Nieopodal duża tablica, a na niej krótki opis - co to la guayiga. Ludmiła prowadzi nas wąską ścieżką pełną zwisający lian i pnączy do jaskini. Na skałach rosną agawy.
Wchodzimy do wnętrza jaskini. Na ścianach widoczne są gniazda dzikich os. Ludmiła snuje opowieść o tym, że jaskinia była miejscem kultu dla Indian Taino, wykorzystywanym do ceremonii. We wnętrzu groty stoją dwie tablice: pierwsza przedstawia parę obrazków z piktografami Indian Taino, druga opowiada o legendzie księżniczki Anacaona.
Wiele lat później niektóre jaskinie wykorzystywali piraci jako schronienie. Na ścianach dużo malunków węglem, które przedstawiają boga deszczu, szamanów,ryby i ptactwo.
Czas wracać, minęło prawie 3 godziny. Opuszczamy jaskinię. Chwilę jeszcze przyglądamy się krabom, leniwie ruszającym się po pniu pochylonego drzewa i wsiadamy do motorówki.
Warto wybrać się do tego parku (powierzchna 1500 km kwadratowych). Świat jaskiń (pełnych historycznych znalezisk) jest fascynujący. Ślady pradawnych, karaibskich mieszkańców wyspy, tropikalna flora i fauna pozwala przeżyć coś niezapomnianego.
Na koniec dodam jeszcze, że kiedy jechaliśmy do Parku Los Haitises spotkała nas miła niespodzianka. Mogliśmy pyknąć parę zdjęć gromadzie paskudnych ptaszysk, które urządziły sobie padliniastą ucztę na środku drogi. Niestety, kiedy mąż podszedł bliżej odfrunęły na pobliskie gałęzie.
Sępnik różowogłowy
Jeśli chodzi o jaszczurki - są wszędzie. W Los Haitises ci ich nie brak ...
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze parę razy. Międzyinnymi w miejscu, gdzie po jednej stronie drogi rosły piękne, zielone palmy - a po drugiej to co z nich zostało...
W niektórych miejscach droga była w tragicznym stanie, ponieważ po wcześniejszych deszczach osunęła się ziemia. Ulewa, która przeszła tego dnia też pozostawiła ślady ...
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum