UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii (brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich używanie)
Forum Dominikana www.forum.dominicana.com.pl  Strona Główna

Poprzedni temat :: Następny temat
Zamknięty przez: Salseros
25-04-2008, 01:59
WSPOMNIENIA Z GINĄCEGO RAJU cz.X
Autor Wiadomość
sirga 
WŁADCA TORTUGI


Wiek: 39
Dołączyła: 11 Cze 2007
Posty: 2099
Wysłany: 25-04-2008, 01:45   WSPOMNIENIA Z GINĄCEGO RAJU cz.X

ALTO BANDERA. CONSTANZA.
Poniedziałek, 18 lutego 2008r. Dzień dziesiąty.

Plan dnia
• Wyjazd o 6 rano.
• Zahaczenie parę ciekawych miejsc.
• Kolacja w hotelu, w Sosua.

Ustalona trasa:
Barahona - Azua - Bani - San Cristobal - Villa Altagracia - Piedra Blanca - La Vega - Jarabacoa - La Vega - Moca - San Victor - Cabarete - Sosua

Przejechana trasa:
Barahona - Azua - Las Charcas - Los Ranchitos - San Jose de Ocoa - La Horma - La Nuez - Valle Nuevo - Constanza

Dzień od rana źle się zaczyna. Zamiast o 6:00 wyjeżdżamy koło 11:00. Stan samochodu pod znakiem zapytania. Do przejechania wiele kilometrów. Rozstania nie są łatwe. Zjadamy ostatnie, wspólne śniadanie. Uzupełniamy zapas wody pitnej. I w drogę. Na pierwszej stacji tankujemy do pełna samochód. Przezorny zawsze ubezpieczony. Mamy zamiar ominąć Santo Domingo. Oczywiście - ten plan też diabli wezmą. Ale po kolei.

Wyjeżdżamy z miasta. Zatrzymuje nas dwóch policjantów. Rany!!! Nie za wcześnie trochę na przygody? Mężczyźni nie mówią i nie rozumieją po angielsku. Jeden z nich wskazując na kolegę mówi: - “Santo Domingo”.
Ahaaa ... Pytają czy ich nie podwieziemy. Chyba. Mąż wyciąga mapę. Pokazuje naszą trasę, na której stolicy ... nie ma. Mamy odbić w lewo w San Cristobal. Mężczyźni uśmiechają się i odchodzą. Jeden z nich rzuca przez ramię: ”Thanks you”. Dowcipniś!

Jedziemy. Za miejscowością El Cruce del Quince mogliśmy skręcić w prawo. I drogą która prowadzi aż do przejścia granicznego z Haiti, dojechać do założonego przez Hiszpanów (w 1504 roku) San Juan De La Maguana. Nie wiedząc nic o takiej możliwości przejeżdżamy znak. Z jednej strony to nawet dobrze. Trzeba by było nadłożyć jakieś 60-70 km w jedną stronę. Z drugiej strony ... Katasrofa. W Przewodniku napisano, że zaledwie 1 km za miastem rozciąga się największy, zachowany z czasów Indian Taino plac ceremonialny. Z leżącym po środku kamieniem kultowym. Plac o wdzięcznej nazwie Corral de los Indios najprawdopodobniej służył do uroczystych zgromadzeń w czasach księżniczki Anacaony.

Do Azua jakieś 20 km, może mniej. Nazwa miasta dobrze nam się kojarzy. To tutaj na przedmieściach naprawiono nam samochód. Teraz auto sprawuje się dobrze. Pomijając większe podjazdy ... wtedy trochę głośniej słychać silnik. Zerkam w Przewodnik. Szukam coś o Azua. Mam: ” (...) 90 tysięcy mieszkańców ... założone w 1504 roku, a w 1751 zniszczone przez trzęsienie ziemi. Zbudowane na nowo. Niewiele zabytków, więcej legend.” Gdybyśmy w mieście skręcili w lewo, na Puerto Viejo - minęli wioskę Clavellina, to dojechalibyśmy do Pueblo Viejo. Nadłożylibyśmy niecałe 10 km, a może byłoby warto. Bo właśnie w Pueblo Viejo między chatami rybaków znajdują się ruiny kościoła, w którym najprawdopodobniej pochowano indiańskiego wodza Enriquillo. W pobliżu Playa Monte Rio.
Przepadło. Mijamy Las Charcas. Samochód prowadzi nasz kolega. Mąż go pilotuje. Do dziś nie wiem co za licho podkusiło mnie, bym wzięła do łapy mapę. Skrót do Jarabacoa od razu wpada mi w oko. Widocznie zły duch koło mnie siedzi ...
Mówię o nim chłopakom. Wydaje mi się, że to świetny pomysł. Później okaże się, że lepiej pasowałoby tu powiedzenie: "Wpadanie myśli do niektórych głów powinno być zaliczane do statystyki nieszczęśliwych wypadków." I nie powinno się ich brać pod uwagę!!!
Droga wydaje się krótsza. Mąż ma wątpliwości. Krótsza nie musi znaczyć lepsza.
- "Ominiemy Santo Domingo!!!", namawiam. Ta informacja zdaje się przemawiać do męża. Ale widać, że nie ma ochoty jechać tym skrótem. - "Zobaczymy sławną Constanzę i najwyższy wodospad", gderam ... Dlaczego by nie pojechać tędy? DLACZEGO???
“Pierwsza mowa Szatana do rodzaju ludzkiego, zaczęła się najskromniej. Od słowa DLACZEGO” - mówi stara maksyma.
Kiedy kolega popiera pomysł (na jego ramieniu też chyba diabeł siedzi), mąż rezygnuje z oporu. Jak przygoda to przygoda! Nikt nie myśli o samochodzie. Bo i po co. Droga wygląda na dobrą. A więc, zamiast prosto do Bani, za Las Carreras skręcamy w lewo.

Przez krótki odcinek trasa biegnie wzdłuż zbiornika wodnego Presa de Sabana Buey. Mąż analizuje Przewodnik. Nawierzchnia która na chwilę obecną nie jest zła, wkrótce się zmieni. Nie jest zachwycony wąskim, mało wyraźnym paskiem na mapie. Ale droga jest dobra, szeroka, asfaltowa. Nikt z nas niczego nie przeczuwa. “Szlak Diabła” zaczyna się całkiem przyjemnie.

Krajobrazy za oknem samochodu są coraz ciekawsze. Często się zatrzymujemy. Wóź zatankowany. Zapas wody pitnej pod kontrolą.
Nasze oczy przyzwyczajone do suchego krajobrazu Barahony, wręcz nie mogą się nacieszyć soczystą zielenią. Wracają znajome panoramy. Coraz częściej pojawiają się kolorowe chatki. Otaczające je plantacje bananowych drzewek i bawiące się przy drodze dzieciaki.
Mija sporo czasu nim obawy męża się potwierdzają. Po jakichś 30-stu kilometrach od zjazdu, za San Jose de Ocoa asfaltowa droga zmienia się na żwirową. Ale nadal jest dobra. Nie ma w niej uciążliwych dołów, ani wybrzuszeń które trzeba omijać. Jest szeroka, ubita i dobrze się po niej jedzie. Stąd do Constanza mamy 85 km. Nie tak znowu daleko ... Godzinka drogi. No może dwie.
Kilkanaście kilometrów dalej ... ups.
Zamieniliśmy dobrą, często uczęszczaną trasę na ledwo przejezdny szlak. Ten szlak monotonnie prowadzi w górę. Coraz wyżej i wyżej. Zmieniają się krajobrazy. Barwne, drewniane domki pojawiają się coraz rzadziej. Ukazują się szczyty ciemnozielonych gór i skąpane w promieniach popołudniowego słońca doliny. Kiedy w nawierzchni dostrzegam wyrwy chowam się przed wzrokiem męża. Uf ... Ujechaliśmy kawał drogi. Nie ma sensu zawracać ( sens był, ale my przekonaliśmy się o tym dużo później). Chcemy dojechać do hotelu na kolację. Miejsce, gdzie zboczyliśmy z trasy zostało daleko za nami. Tam diabeł powiedział nam dobranoc. Dobranoc! Precyzyjnie dobrane słowo, które jeszcze precyzyjniej dopasuje się do naszej sytuacji. Nikt z nas o tym jednak nie wie.
Tymczasem ...
Droga jest paskudna, ale krajobrazy zachwycające. Koło 1:00 po południu zatrzymujemy się na jakimś moście. Robimy zdjęcia kobietom piorącym w rzece ubrania. W kadrze mieszczą się również mokre, rozciągnięte na olbrzymich głazach płaty szarego materiału.
Góry mienią się różnymi kolorami. Żółte łąki. Zielone korony drzew. Brązowe zagony pól. Brunatne stoki wzniesień. Szare, kamieniste koryta rzek. A niebo błękitne.
Utrwalamy widok mężczyzny orzącego pole. Dwie krowy wolno ciągną pług po stromym zboczu wzniesienia. Nieco wyżej biegnie niewidoczna z naszej pozycji droga. Świadczą o niej jedynie krzywo stojące chałupinki.
Szlak, którym podążamy wygląda na słabo uczęszczany. Im wyżej, tym gorsza droga i głębsze urwiska.

Wjeżdżamy w góry. Nawierzchnia drogi polepsza się. Chwilowo. Zerkam w mapę. Linia oznaczająca naszą trasę od wielu kilometrów jest taka sama i taka ma pozostać, aż do najbliższego miasta. Więc dlaczego w rzeczywistości jest inaczej? INACZEJ!!! Niespodzianki pojawiają się coraz częściej. Co czuje człowiek widząc po jednej stronie stromą ścianę góry, po drugiej głębokie urwisko, a przed sobą nieznane? Jak dawno temu za oknem samochodu minęły ostatnie, murowane domki, stacja benzynowa, sklepy?
Widok ludzi staje się ... sporadyczny. Pochylone ku uskokom chałupinki porastają plantacje bidy i nędzy. Mija nas dwóch konnych jeźdźców. Zwierzęta powleka skóra przez którą zaraz wyjdą kości. Zamiast siodła zniszczona derka. Kantar zastąpiono grubym, postrzępionym sznurem. Patrzę i czuję, jak wokół serca zaciska się obręcz. To całkiem inny świat.
Powietrze zrobiło się chłodniejsze, ale to nie nisko stojące na niebie słońce jest przyczyną. To ... wysokość.
Droga nie jest niebezpieczna. Ale osuwająca się ze zboczy ziemia już tak. Leży zwalona na drodze i wygląda ... jak gigantyczna kupa. W wielu miejscach częściowo tarasuje przejazd. Ciężko ominąć taką blokadę, zwłaszcza gdy z jednej strony wznosi się góra, a z drugiej zionie kilkuset metrowa przepaść. Od patrzenia w nią kręci się w głowie. A gdy i spod kół samochodu osuwają się grudy ziemi wstrzymujesz oddech. Prawdziwy szlak diabła. Nie do pokonania w strugach deszczu. Na tej wysokości nie ma rur, które mogłyby odprowadzić wodę. Na tej wysokości, w krzywych, nędznych, zamieszkałych przez ludzi szopach nie ma prądu. Kto by go tu podciągnął!!!? Od zsunięcia się z nieutwardzonej, namokniętej wodą nawierzchni dzieli jeden, nierozważny ruch. W tych, zbitych z desek przylepionych do stoków barakach rodzą się i umierają ludzie. Tu krąg się otwiera i tu się zamyka. Jak tacy ludzie zdefiniowali by pojęcie piękna, a jak strachu? Czy zachwycający turystę krajobraz wynagradza mieszkańcom inne braki? Tutaj ludzie żyją na krawędzi. Dosłownie. Na krawędzi przepaści. Krawędzi cywilizacji. Na krawędzi życia. Bohaterką tych okolic mogłaby być Tragedia i jej ciche ofiary.
Spokojne wioski zostawiamy daleko za sobą, gdzieś tam ... na dole. Pniemy się coraz wyżej i wyżej. Samochód, chociaż stale rzęzi nie sprawia większych kłopotów. Z krajobrazu znikają wysokie palmy. Jedno co rzuca się w oczy to Przestrzeń. Przestrzeń przez duże P. Niezależnie w którym kierunku odwracam głowę widzę Przestrzeń. A potem znów Przestrzeń. I Przestrzeń. Ogromny, zapierający dech w piersiach Bezkres. Coś, co istnieje od zarania dziejów i nigdy nie zginie. Patrzę na leżące w dole wierzchołki gór, ciemne plamy drzew urywające się w jednym, a pojawiając w innym miejscu nieprzetarte szlaki. Ludzie się mylą mówiąc, że świat trwa od milionów lat. Przecież on rodzi się właśnie teraz. Wyłania się z chaosu, a my jesteśmy tego świadkiem.
Jedziemy dalej. Tempo nie najgorsze. Cały czas wierzę, że kolację zjemy w hotelu. Ale, jak to ktoś kiedyś powiedział: “Optymizm jest wynikiem niedostatecznych informacji.”
Wskazówka na liczniku paliwa przesunęła się nie znacznie. Szlak choć piękny, nie jest łatwy. Ciągle pod górę. Przepaście, które za każdym zakrętem oglądamy z innej strony zdają się nie mieć dna. Bije z nich groza. Droga momentami niebezpiecznie się zwęża. Zwalniamy. Jak to mówią: ”Oszukać diabła nie grzech”.
Krajobraz, niby taki sam, a jednak inny. Mijamy kilka drzew rosnących wzdłuż drogi. Uschnięte, czarne konary pokryte są szarymi, przypominającymi ciernie smugami czegoś, co z daleka wygląda jak postrzępiona, zwisająca pajęczyna pająka – olbrzyma. Widok, jak z horroru budzi nieprzyjemne dreszcze. Zmywamy się stąd.


Niewiele dalej znów przystajemy. Sielski obrazek ma swoją chwilę. Przy drodze pochylając sie ku krawędzi urwiska rośnie inne drzewo. Niegdyś najprawdopodobniej złamane, na nowo wypuściło listki. Jasna soczysta zieleń niezwykle kontrastuje z czystym błękitem nieba. Na wąskim pasku ziemi między drogą, a urwiskiem stoi kilka chałupinek. Machamy do kobiety która siedzi na progu. Niepewnie odmachuje. W drzwiach, tuż za młodszą wyłania się z cienia inna twarz. Stara kobieta nie odwzajemnia powitania. Bez ruchu śledzi nasze kroki. Ze zniszczonej, pooranej bruzdami gęby spozierają na nas nieprzyjazne, ciemne oczy. I znów to uczucie zimna. Na tej wysokości zimno jest wszechobecne. Czuć go w powietrzu. W podmuchach wiatru. I we wzroku starej kobiety. Ufff. Stąd też szybko odjeżdżamy.
Mam wrażenie, że widok turysty tutaj jest prawie ... niespotykany.

Za jedną górą, kolejna góra. Góry są również przed i za nami. Spoglądam w dół i też widzę ... czubki gór. Wszędzie góry!!! W głowie kłębią się pytania. Jak wygląda wolność? Jeśli wolnością nazwiemy bezkresną przestrzeń, to czym są ziejące pustką, bezdenne czeluście? Czy to co czyni nas wolnym, nie odgradza od świata???
Zjazd z jednego wzniesienia automatycznie wnosi nas na drugie. Jeszcze większe. I tak już od wielu godzin. Jesteśmy zmęczeni. Nie wiemy którą wioskę minęliśmy, a która przed nami. Na mapie wszystkie wyglądają jednakowo. Nie każda jest zaznaczona. Kiedy w końcu poprawi się droga? Czy w ogóle się poprawi??? Mam dość tej huśtawki. Co nas czeka za następnym zakrętem? Może osunęła się ziemia i tarasuje przejazd. Co, jeśli trzeba będzie zawrócić? Na tej wysokości nie ma hoteli, restauracji, ani sklepów. Za to trafiają się ludzie, których wzrok przeszywa cię na wylot. Taki, jak zimne oczy tamtej kobiety.
Dochodzi 15:00. Nagle, po prawej stronie drogi coś majaczy. Na tle zieleni, czerwono niebieski kolor przybiera znajomy kształt. Im bliżej podjeżdżamy, tym większe przechodzą nas dreszcze. Sylwetka ... Nie dajemy wiary. Sylwetka dziecka ... Szybko wciągam powietrze. Sylwetka dziecka przybitego do drzewa. Niemożliwe!!! Takie rzeczy się przecież nie zdarzają!!!


Zatrzymujemy się, patrząc na coś, co o mało nie przyprawiło nas o zawał. Do drzewa przywiązano koszulę. Spodnie czymś wypchano (żeby bardziej przypominały ludzkie???). Do spodni przymocowano buty. Najbardziej przeraża głowa lalki. Lalki wyglądającej jak dziecko. Prawdopodobnie gumowa, nikt nie odważył się wysiąść, żeby sprawdzić. Łysa skóra głowy ... czarne oczy ... białka dziwnie przekręcone. Strach na ptaki czy voodoo? Manekin miał na celu odstraszać. Ale kogo? Szybko robimy zdjęcia i odjeżdżamy. Co lub kogo przedstawiał obrazek? Jakie zło spotkamy za następnym zakrętem? Gdybym wiedziała, że ten skrót przyniesie tyle stresu, napięcia i nerwów, to bym tak na niego nie nalegała. Ha! “Wielu byłoby chętnych, gdyby droga do nieba, nie prowadziła przez cmentarz” - przypomina się kolejna maksyma.
Ale nic złego się nie dzieje. Napięcie ustępuje.
Mijamy pola kapusty. Chylący się ku ziemi domek pokryty pordzewiałą, falistą blachą. W krajobrazie pojawia się coraz więcej sosnowych drzew. Ciemno-zielone igliwie bardziej kojarzy się z Europą niż z Karaibami. Już wiem, że nie zdążymy na kolację do hotelu. Goni nas czas, ale stan drogi nie pozwala przyspieszyć. Znów przystanek. Urokliwy górski krajobraz zostaje uwieczniony. Zamiast ruszać, nasz przyjaciel wyjmuje ciastka i spokojnie zaczyna je zjadać. Spoglądam na męża. Widzę, że liczy w pamięci. Do 10 ... 20 ... Siłą rzeczy stara się nie wybuchnąć. Napomykam więc, że powinniśmy ruszać ...
Napotykane spojrzenia ludzi pozostawiają mieszane uczucia. Błysk w oku niektórych mówi jedno: Gringos!!! Otaczają cię sielankowe widoki, a czujesz się jak w piekle. Ale, jak to mówią: “Piekło nie ma ci nic nowego do zaoferowania, jedynie to do czego mniej lub bardziej przywykłeś.”

Słońce mocno zsunęło się z nieba. Jest chłodno. Przed nami ostry zakręt w prawo. Po lewej strome zbocze, po drugiej piekło bez dna. Wjeżdżamy w zakręt. I znów to samo. Na jednym boku leży zwał ziemi, na drugim ogromna wyrwa. Nawierzchnia musiała się osunąć niedawno i pewnie leży gdzieś głęboko, głęboko pod nami. Bardzo GŁĘBOKO!!! Przyjaciel wyjmuje aparat. Wysuwa go za szybę i nagrywa, nie przerywając jazdy. Mąż zamyka oczy. Ja też.
Majacząca od dawna na horyzoncie olbrzymia góra niebezpiecznie się przybliżyła. Jej zielony czubek niknie w chmurach. Jak wysoko jesteśmy?
Nikt z nas jeszcze nie wie, że to właśnie tam zmierzamy.
Pojawia się parę domków. Skromne - to słabo powiedziane. Dominikana należy do ubogich krajów świata. Olbrzymie zagraniczne zadłużenie to jeden z wielu powodów. Mijamy człowieka ubranego w puchową, czerwoną kurtkę. Uśmiecham się. OK. Jest chłodno, ale żeby aż tak? Mieszkańcy na ochłodzenie reagują tak, jak my na siarczysty mróz.
Człowiek w puchowej kurtce. Widok ogólnie niespotykany w tym tropikalnym kraju. Osoby przyjeżdżające tu na wczasy wiedzą, że Dominikana leży w strefie klimatu równikowego. Wiedzą, że należy się spodziewać wysokich temperatur i dużej wilgotności powietrza. Ale nie spodziewają się ... przymrozków. Błąd.
Na motorku mija nas inny mężczyzna. W podobnej kurtce.

A potem o wszystkim zapominam. Widok, który rozpościera się przed nami sprawia, że wszystko staje się nieważne. Wąska dróżka, która biegnie samym szczytem góry. Czy to w ogóle możliwe?
Na poboczu stoją mieszkalne szopy. Są tak mocno pochylone, że trzeba być wyczynowcem, aby w nich mieszkać. Nie możliwością wydaje się, aby w takiej chatce postawić coś prostopadle do podłogi. Jak ci ludzie tu żyją? Zerkam w mapę. Czy to La Nevera? A może inna osada, której nigdy nie było, nie ma i nie będzie na mapie? Oszołomieni widokiem, uwieczniamy go na zdjęciu. Szkoda byłoby go przejechać. Ha !!! Czy człowiek robi z siebie głupca wyrzucając z myśli niewykonalną na pierwszy rzut oka możliwość? Jak mogłam pomyśleć, że miniemy to bokiem. Przecież tu była tylko jedna droga ... JEDNA. J E D Y N A!!!
Dojeżdżamy do najgorszego odcinka drogi. Niespodzianka. Niewielkie wzniesienia coś przed nami ukryło. Tuż u jego podnóża droga się rozgałęzia! Rozstaje ... Co robić? Skręcić w lewo? Ta droga prowadzi w dół i zdaje się być solidniejsza. Nie ma czasu na zastanawianie się. A za błędną decyzję możemy srogo zapłacić. Mąż wybiega z auta, by zapytać. Nie liczy na odpowiedź w języku angielskim. Słusznie!!! Bardziej wyobrażam sobie, niż słyszę jego głos: - “Constanza”. Zapominam o konieczności oddychania widząc, jak obcy wyciąga dłoń ku paskudnie stromemu wjazdowi. Wprost na czubek ukrytej w chmurach góry. A czego się spodziewałam? Cudu? Ruszamy. Powoli ... na lekkim gazie ... a potem pedał zostaje wciśnięty do oporu. Samochód nie może się cofnąć. Nie może ...
I już. Skurczowo zaciśnięte dłonie rozluźniają się. Jesteśmy na szczycie. Na prawo przepaść. I na lewo przepaść. A pośrodku my ... w malutkim, czerwonym samochodziku ... na podniebnym szlaku, gdzie nie ma żadnych zabezpieczeń. Niebo, czy piekło? Za zimno na piekło. Zbyt nisko na niebo.
Najprawdopodobniej znajdujemy się na Loma de la Lechuga. To tylko 2672 m n.p.m.
Co się czuje stojąc na dachu świata? Czy zawieszonego między życiem, a śmiercią człowieka otacza piękno? O tak.
Jak to najlepiej wyrazić. Gdzie jesteśmy? Tam, gdzie zawraca wiatr. Między jedną przestrzenią, a drugą. Przestrzenią, którą mierzy się nie wysokością gór, lecz głębią przepaści ... Uwięzieni między jednym niebem, a drugim. Czy niebo może mieć liczbę mnogą?
Dach Karaibów. Szczyty i kaniony. I wiatr, który ma smak ... wolności. Bezkres. Wszystko wokół zdaje się żyć swoim własnym życiem. Szeptać. Zawodzić. Nawoływać. Tu nawet powietrze ma swój zapach. Aromat świerkowego lasu jest wszechobecny. Wdziera się w każdy zakamarek ciała. Zazdrościć czy współczuć ludziom mieszkającym wśród chmur?
Dach świata. Przestrzeń. Skrzydła ... Dlaczego człowiek nie potrafi latać? Patrzę przed siebie. Po raz pierwszy spotykam się z czymś, czego nie potrafię ogarnąć. Wieczność, która za chwilę się skończy.
W jakim stopniu idylla może okazać się gehenną? Pejzaż mnie zachwyca tylko dlatego, bo wiem, że zaraz wsiądę do samochodu i odjadę stąd. Wrócę do miejsca, gdzie będę mogła korzystać z prądu, bieżącej wody, a w sklepie za rogiem wszystko kupię ... Gdybym tu została na dłużej ten arkadyjski widok okazałby się odciętym od cywilizacji więzieniem!


Ruszamy dalej. Chwytam Przewodnik. Gdzie jesteśmy? Na obszarze Parku Narodowego Valle Nuevo (2200m n.p.m.). Najwyżej położonej kotlinie górskiej na Karaibach. Szczyt na który właśnie wjeżdżamy to Alto Bandera - 2848 metrów nad poziomem morza. Ma trochę niewiele ponad Tatry, a my wtoczyliśmy się tu samochodem.
Przed nami las. Ciemnozielony. Iglasty. Pachnący żywicą. Całkiem niezła droga. Nie wjeżdżamy już wyżej, ale i nie zjeżdżamy niżej. Cały czas ten sam poziom. I las. Nie wiem, jak długo jedziemy. Mijamy kolejny zakręt, a za nim znowu las. Zaczyna być nudno. Naszej uwagi nie pochłaniają już żadne panoramy. Wszystko zasłania las. Coraz bardziej odczuwamy zmęczenie. Robi się przejrzysto. Z napięciem przejeżdżamy kolejny zakręt. I ... na naszych twarzach odbija się zwątpienie. Znowu las. On nigdy się nie skończy! Kolejna prosta. Kolejny zakręt. I las. Las. Las. I jeszcze raz las. Na drzewach pojawiają się jasnozielone, zwisające smugi. Co to jest? Roślinność jest tutaj zupełnie inna, niż nad najniżej leżącym Lago Enriquillo. Otwieram Przewodnik. Czytam. “Valle Nuevo to Park Narodowy, a w parkach można natknąć się na boa dusiciele ...” Prawda czy nie, nie wspominam nic chłopakom.
No i super. Muszę oddalić się za potrzebą. Trzeba uważać. Jeden nierozważny krok i tragedia gotowa. Lepsza wersja – będziesz spadać i spadać. Gorsza – spadając, możesz się napić na sterczące w dole czubki drzew. W obu przypadkach ... umieranie.
Podobno na Dominikanie nie ma jadowitych węży, ale na tym pustkowiu na śmierć wystraszyłaby mnie większa jaszczurka. Odskakujesz w pierwszym odruchu paniki i trach ... katastrofa. Kucając w dzikim, niskim podszyciu puszczy od razu przypominam sobie te wszystkie przeczytane artykuły o tarantulach. Brrr. Nerwowo rozglądam się na boki. Co bym zrobiła widząc przyczajoną przy nodze Cacate??? Pobiegła po aparat, czy uderzyła w krzyk? Omdlenie odpada. W teorii proste, ale w praktyce mi nie wychodzi. Mówią, że w miastach ich nie ma ... ale poza nim, występują obficie. Czy na takiej wysokości również? Ciężko je spotkać w świetle dnia. Ale dzień właśnie się kończy ... Wielu Dominikańczyków myśli, że jak Cacata (zobacz ) ich ugryzie to umrą. Prawda czy fałsz. Oczywiści,e że fałsz. Ale tu chodzi o pajaka. Pająka!!! Niczego tak się nie cierpię, jak pająków.

Drzewa się przerzedzają. Podchodzimy z mniejszym zapałem i z rezerwą do tego co zobaczymy. Opadają emocje, by za chwilę znów gwałtownie wzrosnąć. Kordyliera Centralna ma swoje uroki.
... Piramida! Piramida? Tu, z dala od ludzkich osad. W środku puszczy. Jak? Wyskakujemy z samochodu. Robimy zdjęcia. Prostujemy kości. Lustrujemy tabliczki z napisem “Las Piramides”. Z odłażącą farbą .... Pordzewiałe .... Przedziurawione kulami ... Wyglądają, jak sito. Ślady po strzałach nie są świeże. Kto do nich strzelał i dlaczego?
Piramida nie jest duża. Można do niej wejść ze wszystkich stron. Ale każdy z czterech sztucznie stworzonych bloków jest całością. Nie spodziewaliśmy się ich w tym miejscu. Są dla nas wielką zagadką. Nic o nich nie wiemy. Nie wdzieramy się w ich sekret. Dla nas geneza Piramid jest enigmą. Ktoś kiedyś powiedział, że tajemnica jest “jak kamień, który nawet na pół przecięty, wciąż pozostaje szczelnie zamknięty.”


Las ma tutaj piękne barwy. A barwy sprawiają, że w tym miejscu trwa wieczna jesień. Równie piękna, jak w Polsce. Po drugiej stronie drogi drzewa obniżają się. Ich czubki nikną w szarych smugach. Podobna mgła wisi nad rozległą polaną. Super. Ciągle jesteśmy w chmurach.
Ruszamy dalej. Droga się rozgałęzia. Dalej prosto, czy w prawo? Lepsza droga na wprost przesądza na niekorzyść drugiej. Ale pewności nie daje. W oddali pojawia się biała furgonetka. O? Już od dawna nie spotkaliśmy żadnych oznak cywilizacji. Obcy samochód jest miłym zaskoczeniem. I dowodzi, że droga dokądś prowadzi.
Zaczynają się problemy. Po prawej usypana sztucznie kupa żwirowej ziemi. Przygotowana najprawdopodobniej na ulepszenie szlaku. Po lewej przepaść. Porastające ją świerki i sosny schodząc coraz niżej i niżej, by w końcu zniknąć w gęstwinie. Filmuje kilka osuniętych drzew. Ich sterczące, suche korzenie przywodzą na myśl ... pazury. Pazury z sennego koszmaru. Po środku ścieżki głębokie rowy. W niektóre miejsca wrzucono duże kamienie, by umożliwiały przejazd. Chłopaki sprawdzają drogę. Lokuje się z kamerą na przeciwko, kiedy wspólnymi siłami pokonują przeszkodę. Jak się potem okazało, jedną z wielu.


Jak na taką drogę wysokie zawieszenie samochodu jest zbyt ... niskie. Zbyt cienkie opony, które nie są w stanie objąć kolein. Czasem trakt jest tak wąski, że gałęzie drzew rysują lakier. Słońce niknie za koronami drzew. Jest zimno. A my daleko od celu. Zimno. Cimno. I do domu daleko. Czy istnieje jakakolwiek szansa, by jeszcze dziś dotrzeć do hotelu? Mówią, że “Kto nie wierzy w cuda, ten nie jest realistą”. Chwilowo dobry odcinek drogi kończy się za kolejnym zakrętem. Mąż znów wychodzi, by pilotować kierowcę. Emocje biorą górę. Jest spięty. Denerwuje go, że my podchodzimy do tego tak spokojnie. Kuca. Pokazuje kierunek ruchem ręki. Odbiega. By za chwilę znów kucnąć. Odległość między jednym skrętem kół, a drugim można mierzyć w milimetrach. Kamienie nie mogą uszkodzić podwozia.
W Przewodniku napisano, że rośnie tutaj las piniowy. Pinia to drzewo iglaste o szerokiej, gęstej koronie. Dorasta do 25 metrów i jest niewrażliwe na susze. Jego nasiona po obraniu z łusek są jadalne i znane jako orzeszki piniowe.

Od długiego czasu towarzyszy nam pustka. Nie mijamy żadnych zmotoryzowanych. Żadnych. Dookoła wciąż ten sam las. Jak wyrocznia! Oprócz śpiewu ptaków i szumu silnika nie słychać nic. Nie ma wiatru. Nie widać tarczy słońca. Zegarek wskazuje 17:00. Tu, w górskim lesie, na tej wysokości zmrok zapada szybciej. Mówi się, że “czas się nie spieszy, to my nie nadążamy”.
Człowiek tęskni do widoku innych ludzi. Do dróg otoczonych kolorowymi domkami. I jak na zawołanie. Z lasu wyłania się budka, a w niej strażnik. Jestem pewna, że na naszych twarzach jest coś w rodzaju ulgi. Opuszczamy szybę, pytamy ... odpowiedź pada po hiszpańsku. Jedno co wyłapujemy z potoku słów to: “ ................................................................................................... 500 metrów ............................... w prawo ....................”
Dziękujemy i jedziemy dalej. Po obu stronach drogi stoją zielone domki. Kemping? Mąż cyka parę fotek. Droga faktycznie się rozgałęzia. Ale my nie skręcamy. Chcemy stąd w końcu wyjechać. Opuścić ten przeklęty las.
Przez ostatnią godzinę posunęliśmy się niewiele naprzód. Teraz droga cały czas prowadzi w dół. Wytoczona jest małymi, ostrymi kamieniami. Tempo spacerowe zmienia się w ślimacze. Niepewnie spoglądamy na każdy zakręt. Samochód rzęzi, ale nie odmawia posłuszeństwa. Niespodzianka pojawia się szybko. STOP. Analiza drogi rzuca mną o ziemię.
Dominikana ma 40 tysięcy kilometrów kwadratowych, tyle pięknych miejsc, szlaków, które są mało stresujące ... a my wybraliśmy akurat ten! Nawierzchnia jest szeroka, ale pełna dziur i wystających, ostrych kamieni. Woda spływająca z gór wypełniła doły. Trudno przewidzieć, jak bardzo są głębokie. Mąż znów na granicy wytrzymałości. Kuca. Wstaje. Odbiega. Kuca. Staje. Kuca. I tak w kółko. Jest zmęczony i łatwo go wyprowadzić z równowagi. Pożyczone auto. Zastaw na 5 tysięcy. Nerwy, napięte jak postronki. Ale działa w myśl zasady: “Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”. Pustka. I las. Aż włosy się jeżą ... wszędzie. To ostatni moment, który nagrywam. Upływa minuta za minutą. Dzień trwa kilkanaście godzin a wydaje się, że minął miesiąc. Robi się ciemno.
Hura. Prawie krzyczę, widząc pierwszą od wielu kilometrów oznakę cywilizacji. Przy drodze, grzebiąc pazurem w ziemi stoi ... kura. Cudowna ta kura. Uch. Chwilę później mijamy Rancho
A potem już tylko noc. Ciemność i las. Las i ciemność. Nie wiemy kiedy dotrzemy do miasta. Ale jedno jest pewne. Na pewno przenocujemy. Dojeżdżamy do skrzyżowania. Pojawienie się dodatkowej odnogi wcale nie oznacza lepszej perspektywy. Wprowadza zamęt. I co teraz? Lepsza prawa lewiczka, czy lewa prawiczka??? Chwila wahania ... Niepewność wyboru. Zapadła noc. Wokół nas jeszcze ciemniejszy, ziejący grozą las. Nie ma tu nikogo, kogo można zapytać o drogę. Nikogo!!! Żadnego znaku. ŻADNEGO!!! W takich przypadkach człowiecza intuicja to za mało, przydał by się zwierzęcy instynkt.
Entliczek pętliczek .... Jedziemy w lewo.
Za każdym zakrętem, nieznane. Boisz się przyspieszyć, bo nie wiesz, jak bardzo jest ostry. A raczej na pewno nie zabezpieczony ... Tu nie ma żadnych balustrad. Jeśli trafisz w drzewo, śmierć będzie szybka. Ale możesz trafić ... na bezdenną czeluść.
Strach cię ogranicza. Ale o tej porze jest jak pas bezpieczeństwa. Przed tobą tylko jedna droga. I ukryte w ciemności drzwi do miasta Constanza. Łuna światła widoczna od dłuższego czasu wciąż daleko przed nami. Raz po jednej, raz po drugiej stronie. Trakt pełen mniejszych i większych wybrzuszeń jest przyczyną żółwiego tempa. Po szpiczastych, sterczących z ziemi kamieniach rozlewa się światło reflektorów. Kładące się cienie przybierają wydłużone, nierealne kształty.
Zza zakrętu wyłaniają się dwie ciężarówki. Pełne wypchanych worków pędzą w górę drogi. Dobrze widzę??? Pędzą ... Zdaje się, że kierowcy znają szlak na pamięć. Nie straszne im zakręty, ostre kamienie i wyrwy w nawierzchni. Dokąd zmierzają o takiej porze? Jeden z kierowców w pośpiechu (rzadko spotykany na Dominikanie) wskazuje drogę do miasta. Kolejny zjazd i coraz realniej wyglądające światła najwyżej położonego w kraju miasta. Hurrra. W naszym przypadku miasto oznacza wiele: jedzenie, gorący prysznic i spokojny sen.
Constanza (1200 m n.p.m.) jest miastem rolniczym, którego głównym źródłem przychodów jest ... turystyka.
Ostatni zakręt w prawo. Ostatnia prosta. Kolejne, wypchane workami ciężarówki zmierzające w stronę z której przybyliśmy. Z mroku nocy wyłaniają się zabudowania. Pisząc zabudowania wcale nie mam na myśli tych, jakie zwykle widzi się w Polsce. Na poboczach stoją biedne domki. Większość nieoświetlona. Z uwagi na porę wyglądają jak cienie pokracznych straszydeł na jaśniejszym tle nieba. Droga wąska, kamienista, pełna dziur, wody i błota. Po jej obu stronach biegną pochylone ogrodzenia z drewnianych, nierównych palików, kolczastego drutu lub niskiej, postrzępionej siatki. Chyba siatki. W słabo oświetlonym mroku ledwie widać jej zarys. Ogrodzenia stoją tak blisko drogi, że prawie na nią wchodzą. W tym miejscu możliwość minięcia innego samochodu graniczy z cudem. Mam wrażenie jakbyśmy wjeżdżali na czyjeś podwórko. W oddali, na środku drogi majaczą sylwetki ludzi. Stoją w grupie. Są młodzi. Wykazują ogromne zainteresowanie czymś, co jeden z nich trzyma w ręce. Tak mi się przynajmniej wydaje. Zasuwamy okna. Blokujemy drzwi. Mijamy całe towarzystwo, które ... o dziwo - nie wykazuje specjalnego zainteresowania przejeżdżającym pojazdem. Przez ciemne szyby przelotne spojrzenie niektórych przyprawia o dreszcze. Z rąk do rąk przechodzi jakiś niewielki pakunek. Pieniądze? Narkotyki? Kto by chciał to sprawdzać. Trzeba, jak najszybciej się stąd zmyć.

Kiedy człowiek przyjeżdża na Dominikanę po raz pierwszy, z reguły nie myśli o zwiedzaniu wyspy. Lazurowy kolor wody, delikatny, ciepły piasek, palmy i hotel all ... dają zadowolenie. Ale za każdym następnym razem szuka się czegoś więcej, wabi cię nieznane. A gdy znajdziesz to, czego szukasz na ziemię rzuca cię twoje własne ograniczenie.
Jedziemy dalej. Pytamy o drogę. W plątaninie hiszpańskich słów ciężko wyłapać jakieś znane wyrazy. Ruch ręki “prosto” ma dużo jaśniejsze przesłanie. Po chwili kamienny trakt urywa się. Super. Nie ma nikogo, kogo by można zapytać. Co robić? Rzadko ustawione lampy oświetlają płynącą po prawej stronie rzekę. Strona druga ginie w mroku. Nikt nie ma ochoty opuścić bezpiecznego wnętrza samochodu. Na wprost, pod górę prowadzi jakaś ścieżka. Przecina ją spływająca skądś woda. Rzadko stojące chałupiny nie wyglądają zapraszająco. Zresztą, kto by tam poszedł? Ruszamy schowaną w ciemnościach ścieżką. Im dalej, tym wyżej, tym ciemniej. Ścieżka zmienia się w dwie głębokie, wypełnione błotem bruzdy. Mijamy ostatnią lampę i otacza nas noc. Wahanie. A może lepiej by zawrócić? Efekt końcowy nas powala. Koniec trasy. Dalej nie ma już nic. Tylko las. Mało zachęcający. Mamy go dość na dzisiaj. Otaczał nas przez wiele godzin w świetle dnia, a i tak było nieciekawie. Po prawej ciągnie się pole i opada gwałtownie niewiele dalej na tle jaśniejszego nieba. Urwisko? Może rzeka? Nieważne. Tam na pewno nie pojedziemy. Po lewej też jakiś zagon, a zaraz za nim podwórko. Słabe światło wylewa się z okna chaty.
- Hola??? Holaaaaa!!! Ciszę nocy rozdziera wołanie chłopaków. Wtóruje im ujadanie psa.
Nic. Próbujemy dalej. Pies ujada jeszcze głośniej. Chwila debaty ... Może tam pójść? Nie!!! Trzeba być albo głupim, albo paskudnie odważnym. Lęk wyciąga swoje macki. Na Dominikanie realia są inne. Do diabła!!! Jest noc. Tutaj każdy ma broń. Wkroczysz na czyiś teren ... kula w łeb. A do tego jesteśmy biali!!! Nie trzeba szukać daleko ...
Siedzimy więc w samochodzie. Przy chacie coś się poruszyło ... Przed wejściem ktoś stoi. Wołamy. Ale człowiek ani drgnie. Stoi na wpół ukryty w cieniu i patrzy w naszą stronę. Rany ... Dawno mną tak nie trzęsło!!! (Nie mylić z oburzeniem, bardziej ze strachem). Podskakuje na siedzeniu kiedy w oknie samochodu pojawia się twarz. Wyłoniła się nagle z mroku ... obca ... nieufna. Brrr. Nie od razu odpowiada na pytanie. Lustruje wszystko ciemnym wzrokiem. Mówi coś po hiszpańsku.
Słowa wypływają wolno z ust mężczyzny. Są ciche. Niewyraźne. Urywają się co chwila. Mam wrażenie, jakby facet mówił o tajemnicy komuś, kto nie jest jej godny.
Staje na tym, że musimy wycofać.
Wracamy do punktu, gdzie staliśmy ostatnio. Z prawej rzeka. Z lewej ciemne podwórka. Gdzie dalej? Mężczyźni na motorkach pojawiają się znikąd. Trzeba łapać każdą okazję. Na hasło “Constanaza” jeden z nich wyciąga dłoń. - “Alla” - mówi. “Derecho”!!! Nasze oczy podążają za ruchem jego ręki. Opadają nam szczęki. Jedyna droga to muskana światłem reflektorów rzeka. Mężczyzna podchodzi do brzegu. Pokazuje płyciznę. Ładna mi płycizna. Woda po kolana. Dziękujemy za pomoc. Ona wraca do kolegi i odjeżdża. A my? Stoimy i wlepiamy gały w wodę. Droga jest tam, gdzie jej nie ma. Nic. Trzeba ruszać. Robi się późno, a trzeba jeszcze hotel znaleźć. Z nogą na gazie kierowca przekracza rzekę.
Niedługo potem jesteśmy już w mieście. W Przewodniku polecają hotel Alto Cerro. Ale mapy dojazdu tu nie ma. W którym kierunku się udać. Trzeba szukać. Pytać. Zatrzymany kierowca motochonchos nie rozumie pytania.
- "Atlo Cerro", powtarzamy chórem.
- "A ..... kabanas"
- "Si. Si", odpowiadamy. - "Kabanias".
Podprowadza nas prawie pod samą bramę. Dostaje parę drobnych. Zerka w świetle reflektora na monety ... i oddaje nam z powrotem. Co jest? Za mało, czy co? Po raz pierwszy spotykamy się z taką sytuacją. Na naszych twarzach maluje się zaskoczenie.

Samochód zostawiamy na parkingu. Tuż obok jakiejś komfortowej bryki. Idąc na recepcję w oczy rzuca się zadbane otoczenie hotelu. Marzę o ciepłym prysznicu i wygodnym łóżku. Nie spodziewamy się już niespodzianek. Prosimy o pokój.
- “Que”, recepcjonista uśmiecha się przyjaźnie.
Jak poprosić o pokój dla trzech osób w obcym, nieznanym języku? Mąż biegnie do auta po słownik.
- "Local ... para ... tres ... habitacion ... people".
Angielsko-hiszpańska dukanina jest żałosna, ale przynosi efekt. Dostajemy cennik. Inny mężczyzna idzie pokazać nam pokoje. Wchodzimy do pierwszego domku i już nie chcemy szukać dalej. Wracamy. Płacimy po 30 zł na osobę.
Wchodzimy do sklepiku. Kupujemy chleb, dżem, coca colę i orzeszki (to co znamy). Opuszczając recepcję podchodzimy do wielkiej tablicy umieszczonej na ścianie. To mapa miasta. I nie tylko. Zaznaczone są również atrakcje w okolicy. Wlepiamy oczy w rozpiskę i o mało nas szlak nie trafia. Pamiętacie to miejsce ze strażnikiem i kempingiem, słowa: ".... 500 metrów ... w lewo?"
Właśnie tam znajdował się najwyższy wodospad na Dominikanie. A my go przejechaliśmy. W mordę jeża. Być tak blisko i nie widzieć!!! Chce mi się wyć.

W jasnym świetle lamp zmierzamy w stronę wynajętego domku. Nieznane otoczenie, chłód nocy i zmęczenie działają jak zegar odmierzający czas powrotu ... duszy do ciała. Nieplanowany postój w Constanzie krzyżuje nam plany. Mieliśmy ustalone wycieczki na kolejne dni ... W tym przypadku nie wszystkie uda się zrealizować.
Jest jeden plus. To nie pora huraganów. Pewnie sobie myślicie co ma piernik do wiatraka? Wrześniem 1998 roku w region Constanza uderzył huragan ... trzeciej kategorii. Zniszczył plony, unicestwił budynki i przyniósł ze sobą śmierć. Zmył również jedyną drogę łączącą miasto z resztą świata ... Nadano mu imię George. Mówi się, że poczynił więcej szkód niż Huragan David 20 lat wcześniej, który miał kategorię czwartą ...

Domek jest przyjemny.


widok z balkonu

Wchodzi się od razu do dużego pomieszczenia z balkonem. Znajduje się tu kominek, pięć krzeseł: dwa bujane, trzy zwykłe i dwa stolika. Po lewej od drzwi wnęka kuchenna, częściowo wyposażona. Po schodkach w dół: przed łazienką umywalka z wielkim lustrem. Na przeciw sypialnia.
Wskakuje pod prysznic. W łazienkowym oknie nie ma szyby, tylko moskitiera. Zimne, nocne powietrze wdziera się do pomieszczenia. Ale woda jest gorąca ... Chłopaki dyskutują na górze ... Słyszę odgłos ich rozmowy kiedy przykładam głowę do poduszki. Czytałam kiedyś, że miasto ma “dzielnicę czerwonych świateł”, ale przecież nie będę wspominała o tym chłopakom. Jeszcze przyjdzie im do głowy coś głupiego ... Podobno nieletnie prostytutki były przyczyną ostrego konfliktu między mieszkańcami, a przyjezdnymi. Niestety nie wiem, jak to się skończyło.
Czas na sen. Jest grubo po północy ... 85 km droga z San Jose de Ocoa do Constanzy miała zająć góra 2 godziny ... trwała 10.

Kliknij, aby przejść do części jedenastej.

Więcej zdjęć na dominicana.com.pl
_________________
Dominikana
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template spacevision v 0.3 modified by Nasedo. Done by Salseros

Forum dominikana

Dominikana wakacje, zdjęcia, informacje

Strona wygenerowana w 0,37 sekundy. Zapytań do SQL: 17