UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii (brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich używanie)
Forum Dominikana www.forum.dominicana.com.pl  Strona Główna

Poprzedni temat :: Następny temat
Zamknięty przez: Salseros
01-05-2008, 17:36
WSPOMNIENIA Z GINĄCEGO RAJU cz. XII
Autor Wiadomość
sirga 
WŁADCA TORTUGI


Wiek: 39
Dołączyła: 11 Cze 2007
Posty: 2099
Wysłany: 01-05-2008, 11:10   WSPOMNIENIA Z GINĄCEGO RAJU cz. XII

WODOSPAD SALTOS DE LIMON
Środa, 20 lutego 2008r. Dzień dwunasty.

To ostatni dzień kiedy do dyspozycji mamy samochód. Zaraz po śniadaniu ruszamy do kolejnego wodospadu – Saltos de Limon.
Zapowiada się gorący dzień. Ale to jeszcze nic. Dominikańczycy twierdzą, że najgorzej jest od kwietnia do końca września ... “wtedy jest nie do wytrzymania” ...
Idąc do samochodu już z daleka widzimy znajomego strażnika z plaży. Siedzi w budce przy wjeździe do hotelu. Uśmiecha się marszcząc nos pod ogromnymi, ciemnymi okularami. Zamieniamy z nim kilka miłych słów.
Opuszczamy teren hotelu i od razu wpadamy na “naszego” taksówkarza. - “ O! Amigos!!! woła. Bije brawo, śpiewa coś i podskakuje. Chwilę potem pyta nieskrępowany: - “ To, gdzie jutro jedziemy? Niemożliwy facet. Umawiamy się z nim na jutrzejsze popołudnie. Cel – Puerto Plata.

Ustalona trasa:
Sosua - Cabarete - Sabaneta de Yasica - Gaspar Hernandez - Rio San Juan - Cabrera - Nagua - Sanchez - Las Terrenas - El Limon.


Wyjeżdżamy z Sosua – jednego z najweselszych dominikańskich kurortów.Trasa biegnie wzdłuż wybrzeża. Widoki całkiem inne, niż te które zapamiętałam z ostatnich dni. Między pniami palm migocze lśniąca lazurem tafla wody. I tak przez wiele kilometrów. Tuż przed Rio San Juan, po lewej stronie słynna Laguna Gri Gri. Po stronie prawej Cueva de las Golandrinas. W Rio San Juan mogliśmy skręcić w prawo ... W Przewodniku napisano, że biegnący tędy odcinek drogi ma szczególne walory krajobrazowe.
Ale my trzymamy się wybrzeża. Mnożące się palmowe gaje budzą podziw. Gęste, rozłożyste liście jak wachlarz rozkładają się wzdłuż trasy. Wręcz domagają się hołdu. Słusznie zresztą.
20 km za Rio San Juan w oczy rzuca się znak: “Playa Grande”. Jest godzina 10:00. Mamy czas. Poranne słońce ... bursztynowa barwa plaży ... cienie palm na piasku ... woda rozbijająca się o skały. Efekt piorunujący. Patrząc na taki obrazek nie trudno zrozumieć Robinsona ... Dzikie plaże mają dziki urok ...


Tuż za Playa Grande pola golfowe. Rozległe, pokryte zielenią, z cudnym widokiem na Ocean Atlantycki.
Kilkanaście kilometrów dalej trasa przecina Park Narodowy Cabo Frances Viejo. Za oknem mknącego samochodu przesuwają się kolejne plaże. Nie wszędzie się zatrzymujemy. Między Cabrera, a Nagua kolejny Park Narodowy. Żelazny most na rzece Rio Boba, rybackie wioski tuż przy falującym oceanie i kolejne plaże. Zakręty tonące w gąszczu palm i plaże ... plaże ... plaże.
Skręcają w Nagua w prawo, mijając Rezerwat Loma Guaconejo można dojechać do Cotui. Ale to strasznie daleko, więc nawet o tym nie myślimy. Szkoda. W Przewodniku napisano, że to jedna z najstarszych osad w kraju i jeszcze niedawno działała tu największa na świecie odkrywkowa kopalnia złota Rosario.
Za Los Yayales Półwysep Samana łączy się z resztą lądu. W Przewodniku napisano, że w zamierzchłych czasach był wyspą, a w epoce wielkich odkryć kryjówką piratów. Droga, którą podążamy przecina Półwysep. W Sanchez biegnie wzdłuż Zatoki Samana, aż do Santa Barbara De Samana. W Przewodniku napisano, że miasto założono w 1756 roku jako wschodni bastion zabezpieczający przed atakami piratów. To właśnie tutaj, w czasach haitańskiego panowania byli niewolnicy ze Stanów Zjednoczonych otrzymali na własność ziemię. Stąd można popłynąć promem do Sabana de la Mar, lub łodzią na Cajo Levantado. O określonej porze roku przypływają tu 10-metrowej długości, 40 tonowe humbaki i wydają na świat potomstwo. Turyści są bardzo chętni na taką okazję. Wypadki się nie zdarzają. Ale warto wiedzieć, że Humbaki choć (w przeciwieństwie do Kaszalotów) nie atakują łodzi – to takie przypadki też odnotowano.
Co oprócz tego warto wiedzieć o Zatoce Samana? To jedno z największych ujść rzecznych na Karaibach. Trwają spekulacje co zrobić, żeby zmniejszyć zanieczyszczenie ziemi, które spływa do oceanu ...
Nie docieramy tutaj. Jeszcze w Sanchez skręcamy w prawo. Nieodłącznym elementem krajobrazu są palmy. Mam wrażenie, że dosłownie zawładnęły tą ziemią. Zielone pióropusze bujnie wypełniają doliny i pokrywają szczyty wzniesień. Gdzie nie spojrzę wszędzie palmy ... kokosowe ... królewskie ... karłowate.
Przepiękny, stromy, pełen serpentyn, panoramiczny szlak prowadzi nas na drugą stronę Półwyspu. Do Las Terrenas. Kiedyś wioska rybacka, obecnie tętniąca życiem miejscowość i chyba najpiękniejszy zakątek na wyspie. Niedaleko znajdują się urocze plaże: Playa Bonita i Playa Cozon. Droga w mieście kiepska. Ruchliwe ulice wypełnia unoszący się kurz. Niektórzy kierowcy motochonchos jeżdżą z maską na twarzy. Wyglądają jak Michael Jackson. Przed nami młoda kobietę prowadzi kłada. Żółta, jaskrawa sukienka jest słabo widoczna w oparach smogu. Pędzące pojazdy wzbijają w powietrze bulwersujące ilości szarego pyłu. Trąbią ... przeciskają się ... zajeżdżają drogę. Kosmos. Jedziemy swoim pasem. Jest wolny, więc i prędkość mamy dużą ... Po drugiej stronie jezdni stoi auto ... z naprzeciwka pędzi ciężarówka ... która zbliżając się do zatarasowanego odcinka na swojej połowie jezdni w ogóle nie zwalnia ... zwolnić musimy my ... kierowca ciężarówki tylko mruga światłami ... ostrzega: “Uwaga jadę. Zjedź mi z drogi ...”. Jest większy ... a większy znaczy pierwszy ...

Do celu zostało ok 14 km.
Mijamy El Portillo i docieramy do El Limon. Pytamy o drogę do Salto de Limon. Jakiś mężczyzna na motorku każe jechać za sobą. Zjeżdżamy na polną, wyboistą drogę. Dookoła domki i stada koni. Osiodłane zwierzęta stoją dosłownie wszędzie. Na podwórkach ... przy płotach ... za i przed domkami ... na ścieżce ... przy studni. To malutkie, zmęczone koniki.
Zatrzymujemy się w jednej z zagród.
ŁŁŁŁupsssss .... Okazuje się, że trzeba wsiąść na konie ... jazda co najmniej półgodzinna. Mąż się zapiera ... Absolutnie wyklucza jazdę wierzchem. Trwa debata. Kolejne słowa miejscowych zwiastują jedno - bez konia się tam nie dostaniemy ... A mąż na to, że idzie piechotą. Weź tu gadaj z takim ... Jego obawy są uzasadnione. Nie jeździ konno. W końcu jednak podejmuje wyzwanie.
Ustalamy cenę. Kwota żądana 4800 RDS. Kwota zapłacona 2500 RDS. Koleś, który nas tu podprowadził zwija kasę i odjeżdża.
Jadę na najmniejszym koniku. Na przodzie. Nasz przyjaciel tuż za mną. Mąż zamyka pochód. Ma najwyższego konia i wcale go to nie cieszy. Słyszę, jak przeklina pod nosem ... że zwierzę go nie słucha ... że jest nerwowe. Tuż obok koni idą ich właściciele. Żar leje się z nieba.
Wjeżdżamy w las. Tu jest jeszcze gorzej. Ciężko się oddycha. Koszulka pod plecakiem lepi się do ciała. Siodło ma zerwane strzemię. Przywiązano je na powrót grubym sznurem, ale jest dużo dłuższe niż drugie. Źle mi się siedzi i ciągle ściąga mnie na lewą stronę. Tak mnie to męczy, że po paru minutach wyciągam nogi z obu strzemion ... o ... tak dużo lepiej.

Dróżka jest wąska. Trzeba uważać na wysokie głazy i wystające korzenie drzew. Kiedy na ścieżce dostrzegam węża pojawia się niepokój. Mały, czarno-granatowy z metalicznym połyskiem gad wije się wśród kamieni. A co, jeśli koń sie zlęknie? Ale koń totalnie go olewa. Sucha ścieżka szybko się kończy. Pojawia się błoto. Żółta glinka pryska spod końskich kopyt na wszystkie strony. Spoglądam na jasne spodnie ... szybko je podwijam, ale trochę za późno. Zdążyły się zachlapać ... nie wspomnę o białych adidasach. Dobra nauczka na przyszłość.
Jak to mówią: "Ludzie zwykli nazywać swe niepowodzenia - doświadczeniem".
Na drodze staje rzeka. Przekraczamy ją w najpłytszym miejscu, ale nawet tu woda sięga koniowi do brzucha. Zwierzę idzie wolno, ale i tak chlapie. Podciągam kolana pod brodę. Pozycja mało wygodna, ale szkoda zamoczyć buty. Rzekę przekraczamy w dwóch miejscach. Zerkam na chłopaków. Widzę naszego kolegę, ale męża gdzieś wcięło ...
Teraz ścieżka cały czas pnie się w górę. Czuję zmęczenie konia, kiedy pokonuje kolejne wzniesienie. Który to już raz dzisiaj? Ale idący obok mężczyzna nie pozwala mu się zatrzymać. Momentami łapie zwierzę za ogon i pozwala by wciągnęło go na pagórek. Koń nie reaguje na tę formę zaczepkę. Zdaje się być przyzwyczajony i dobrze znać drogę.
Ścieżkę pokrywa błoto i glina. A jak nie błoto i glina - to wystające, mokre kamienie. Ślizgają się po nich kopyta ... Czasem koń wskakuje na wysokie głazy. Czasem po kolana zapada w mule ...
Zaskakuje mnie również kondycja “poganiacza”. Przewodnik z niego kiepski, zamiast prowadzić z tyłu popędza. Ale takiej kondycji tylko pozazdrościć ... Idzie na równi z koniem ... tyle czasu ... bez przystanku ... ciągle wyżej i wyżej ... w upale i błocie ...
Skwar daje nieźle popalić. Ani jeden listek nie drga na wietrze. Odwracam się ... Kiedy nie dostrzegam chłopaków zatrzymuję konia. Przewodnik coś mówi, ale nie wiem co ... O ... są i chłopcy.
Z naprzeciwka idzie grupa. Dobrze, że ścieżka tu w miarę szeroka. Spod chlupoczącej pod kopytami brei wyłania się suchy szlak. Wyjeżdżamy z lasu. Słońce niemiłosiernie pali skórę twarzy. Ale szybko o tym zapominam. Przede mną ... o zgrozo! Po lewej góra, po prawej ziejąca jama głęboka, że uuuuuu chuchu uuuuuuuuuu a może jeszcze głębsza. Pełna palm. Ja widzę tylko ich czubki, które z tej odległości wydają się krzaczkami truskawek ... Ścieżka szeroka na 50 cm mnie paraliżuje. Prrrrrrr .... Zatrzymuję konia z mocnym postanowieniem pokonania tego odcinka na własnych nogach. Ale zanim zlazłam z grzbietu, poganiacz warknął i koń szarpną do przodu. Ufff ... Czy mylił się ten, kto powiedział: "Życie to rumak, który nie znosi tchórzliwego jeźdzca"?

Konie zostawiamy przy drewnianym zadaszeniu. Jest godzina 14:00.
Mam wrażenie, że ta przyjemność trwała dłużej niż pół godziny. Schodzimy w dół. Idzie z nami jeden z poganiaczy. Zatrzymujemy się w miejscu, gdzie doskonale widać wodospad Limon.


Ma tylko 30 metrów, a ludzie przy nim wyglądają, jak robaczki. Czeka nas spory kawałek drogi ... Raz w górę, raz w dół. Ścieżka początkowo sucha zmienia się w błotną. Wysokie wyciosane w ziemi schody i skwar dają mocno w kość.


Do uszu dociera szum wodospadu. Już niedaleko. Drogę przecina nam rzeka. Ups. Spodnie podwijam najwyżej, jak tylko można. Ściągam buty i skarpetki. Chłodna woda przynosi zaskakujące orzeźwienie. Jest jak powiew mroźnego powietrza po miesiącu upałów. Ale kamienie leżące na dnie są śliskie i ostre. Nieprzyjemnie się po nich stąpa. Na brzeg wydostaje się z ulgą. Zamierzam się do włożenia butów ... Ale podbiega przewodnik i kręci głową. - "Ok. Ok", mówię. Nie to nie. Niech ci będzie.
Parę chwil później jesteśmy na miejscu.

Ten wodospad jest całkiem inny niż poprzedni. Woda spływa wieloma strumieniami ze skalnej krawędzi. I nie huczy tak jak tamten. W powietrzu unoszą się drobiny wody i przyjemnie chłodzą skórę. Przewodnik mówi, że może tu zostać ile chcemy.


Chłopaki idą się wykąpać. Mnie do wody nie ciągnie. Nagrywam okolicę i robię kilka zdjęć. Turystów tu wielu. Mam wrażenie, że niektórzy są od rana ... Obok płynie rzeczka i z chlupotem spada na niższe partie ziemi. Korzenie drzew mnie fascynują. Tylko na wpół ukryte w ziemi ... poskręcane ... długie. Jak palce staruchy. Poganiacz chce już wracać. Mieliśmy tu być nielimitowaną ilość czasu – byliśmy 40 minut. Ale też chcemy wracać.
Mokra glinka chlupocze między gołymi palcami nóg. Wątpliwa przyjemność. Po wyjściu z rzeczki szybko wciągam skarpetki. Zaczepia nas młoda para. Pytają po angielsku, jak daleko do wodospadu. Mówię coś do męża, a oni w śmiech. To Polacy ...
Dlaczego droga powrotna zawsze jest bardziej uciążliwa? Dlaczego tak się dłuży? Jestem wyjątkowo marudna. Wszystko mnie drażni.
Konie już czekają. A więc, jak to mówią: Komu w drogę, temu ... porządne siodło potrzebne. Nie takie z urwanym strzemieniem. Zerkam na zegarek. Zobaczymy czy to faktycznie pół godziny. Najgroźniejszy odcinek przed nami. Rany ... Paskudnie urokliwa przepaść ... aż się w głowie kręci. Ups. Z naprzeciwka nadciąga inna wycieczka. Zatrzymuje konia. Niech sobie przejadą ... Nie będziemy się przecież mijać na takim odcinku. Reakcja przewodnika jest tak niespodziewana, że wrzask więźnie mi w gardle. Łapie konia za uzdę i ciągnie za sobą. A niech go coś ... Gdzie mu się tak śpieszy? Wariat! Czy to przez upał tak mu się w głowie poprzestawiało?
Chcę zamknąć oczy, ale nie mogę. Lepiej wszystko widzieć, chociaż strach ciężko przełamać. Koń po chwilowym oporze rusza ku nadciągającej grupie. Rany!!! Zatrzymajcie to ... !!!
Konie ocierają się o siebie. Podnoszę wysoko nogi ... rany!!! Raaaany! A jak mnie ktoś zahaczy kolanem?

Długo


będę


spadać


Staram się nie zerkać w przepaść. Mam lęk wysokości!!! Mijająca nas grupa turystów po swojej prawej stronie ma zbocze. Niejeden jadący zahaczył już o nie ... Urwisko jest od naszej ......... Czy ja to przeżyję?
Przeżyłam.
Teraz droga prowadzi cały czas w dół. Dużo gorzej się zjeżdża z góry, niż na nią wjeżdża. Dużo gorzej .... Z naprzeciwka nadciągają wycieczki. Mijanie się na szerokiej ścieżce nie dostarcza mocniejszych wrażeń. Ale kiedy trakt się zwęża ... Uważać na kolana i stopy to po pierwsze. Po drugie i trzecie ... uważać na kolana i stopy ... ewentualnie na głowę. Po czwarte, piąte i każde następne ... na ogrodzenia z kolczastego drutu.
Zahaczysz o coś lub kogoś .... Spadniesz .... Rozbijesz łeb na kamieniach. Koń się nie zatrzyma jeśli uzna, że sam się zmieści na ścieżce ... między wystającym pniem, a głazem. Chyba, że mu coś odbije. Albo zatrzymasz go ty. Nie wyczuje ile miejsca potrzebujesz ... Ani na szerokość, ani na wysokość. Zresztą poganiacze nie pozwalają się zwierzętom zatrzymać. Idą i mamroczą pod nosem. Może to i nietypowe, ale najlepszym wyjściem na takim szlaku to ... zaufać zwierzęciu. Koń wybierze najprostszą drogę. Wyciągam kamerę. Odwaga czy głupota? Koniecznie trzeba to utrwalić.
Nadjeżdża kolejna grupa, a za nią jeszcze jedna. Usuwam się lekko z drogi. Zatrzymuje konia na górce. Nagrywam. A poganiacz jak nie huknie na konia ... zwierzę nie płoszy się. Wolno, wręcz ostentacyjnie rusza dalej. Kurcze ... Odbijam w ostatniej chwili. Zagapiona w obiektyw o mało nie rozrywam sobie uda o kolczasty drut. A jednak głupota! Przecież przewodnik mnie ostrzegał ...

Gorąco mi ... Jestem cała upaprana ... Chce mi się pić ... bolą mnie uda ... cały czas ściskam nimi konia ... strzemiona do niczego się nie nadają ... Narzekam w myślach. A potem w oczy rzuca mi się sylwetka poganiacza. Tak to już jest. “Narzekasz, że nie masz butów dopóki nie zobaczysz człowieka bez stóp”.
Najtrudniejsze momenty? Kiedy koń schodzi z wysoko położonego kamiennego podłoża na wiele niższe pokryte gliną. Wtedy jest mało ciekawie. W strzemionach nie mam żadnego oparcia. I jeszcze kamera w ręce ... Muszę się pilnować, żeby nie fiknąć koziołka przez koński łeb!

Tym razem zwierzę nie gardzi wodą w rzece. Pije łapczywie. Kurcze ... też bym się napiła. Ale wytrzymam. Już niedaleko. Koń, na którym siedzi mąż odbija gdzieś w las ... Trzeba pędzić i po konia i po męża ...
Koniec. Trasa dobiega końca. Sprawdzam czas ... wracaliśmy nie 30 minut, a prawie drugie tyle! Pakujemy się do auta ... ale pojawia się problem. Poganiacze domagają się zapłaty. Jak to???!!! Przecież zapłaciliśmy ... - "Owszem płaciliście ...", przyznają – "... ale nie nam". Mówią, że pieniądze zabrała firma. A oni nie dostaliśmy nic. To był cios poniżej pasa. Najpierw wszystko gra, a potem nie chcą cię z podwórka wypuścić. Patrzę na męża. Nie lubi takiego wyłudzania. Awantura wisi w powietrzu. Chowam się do samochodu.
Staje na tym, że ... trzeba dopłacić - 500 RDS. Z pamięci wyłania się znana maksyma: "Nie gardź sobą, że bitwę przegrałeś - bo trzeba pewnej siły by zapędzić się tam, gdzie bitwy się przegrywa".
Wracamy. Mąż gna jak opętany. Chcemy dojechać do Playa Grande na zachód słońca. Udaje się. Spędzamy tu kilka ładnych minut.


Kiedy docieramy do Cabarete jest już całkiem ciemno. Przyznaje, że na Dominikanie jazda nocą jest bardziej stresująca. Kierowcy nie przepadają tu za zmianą świateł z długich na krótkie. Wiadomo, że tak lepiej widać. Zwłaszcza łażących po ulicy ludzi ... Ale światła rażą w oczy innych kierowców!!!
Opuszczając Cabarete mijamy coś co na długo zapada mi w pamięć. Wyobraźcie sobie drogę w budowie ... na granicy miasta ... od razu myślicie o ostrzegawczym, pulsującym świetle w pomarańczowym kolorze ... ale dostrzegacie palące się w pojemnikach po farbie szmaty. Jest pomarańczowy kolor? Jest. Światło pulsuje. O ... i to jak ... najbardziej w podmuchach wiatru.
Docieramy do Sosua. Zdążyłam polubić to miasto. Nim odprowadzamy auto na parking przejeżdżamy po ulicach.
Sosua nocą ... bary, kawiarnie, puby i dyskoteki. Głośna muzyka ... tłumy na chodnikach ... błyskające neony. I nieodzowny element nocnego miasta – piękne kobiety.
Mamy jeszcze siłę zajrzeć do amfiteatru w naszym hotelu. Shows jest słabe. Ale chłopaki i tak zyskują ... Fotkę z najzgrabniejszą tancereczką.

Kliknij, aby przejść do części trzynastej.

Więcej zdjęć na dominicana.com.pl
_________________
Dominikana
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group - forum anime
Template spacevision v 0.3 modified by Nasedo. Done by Salseros

Forum dominikana

Dominikana wakacje, zdjęcia, informacje

Strona wygenerowana w 0,14 sekundy. Zapytań do SQL: 10