UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii (brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich używanie)
Forum Dominikana www.forum.dominicana.com.pl  Strona Główna

Poprzedni temat :: Następny temat
Zamknięty przez: Salseros
22-04-2008, 00:42
WSPOMNIENIA Z GINĄCEGO RAJU CZ. VI
Autor Wiadomość
sirga 
WŁADCA TORTUGI


Wiek: 39
Dołączyła: 11 Cze 2007
Posty: 2099
Wysłany: 21-04-2008, 19:18   WSPOMNIENIA Z GINĄCEGO RAJU CZ. VI

AWARIA SAMOCHODU
Czwartek, 14 lutego 2008r. Dzień szósty.

Coraz bardziej przyzwyczajamy się do tutejszego czasu. Coraz później zwlekamy z łóżka. Jest 8:00. Pędzimy na śniadanie. Tam uzupełniamy zapas wody i zabieramy trochę jedzenia na drogę. Banany, bułki i dżem. Wracamy do pokoju. Pakujemy potrzebne rzeczy. Podnieceni pędzimy po samochód i wpadamy na znajomego taksiarza. Mężczyzna na nasz widok uśmiecha się od ucha do ucha. "O ooo! Amigos ..." krzyczy. Potem pyta gdzie, z nim dziś jedziemy. Ufff ...
Wyjaśniamy, że przez kilka dni nas nie będzie. Ale gdy wrócimy, to chętnie pojechalibyśmy z nim do wodospadu. Umawiamy się więc na przyszły tydzień.

Jest godzina 10:00. Samochód już czeka. Zaparkowany na skraju ulicy, tuż przy wejściu do biura - sprawia pozytywne wrażenie. Płacimy pozostałą kwotę 215 USD. Dostajemy papiery oraz umowę. Z karty kredytowej męża zostaje pobrana kwota – 50 tysięcy RDS (zastaw). I Gotowe. Jose to miły, duży facet. Wzbudza naszą sympatię i zaufanie. Mówimy mu, że Samuel jest powszechnie polecany w Sosua. Zwłaszcza na amerykańskich stronach internetowych. I że zawsze doradzają pytać o Jose. Mężczyźnie trudno w to uwierzyć. Ale widać, że ta informacja go ucieszyła.
Oznajmiamy dokąd zmierzamy. Słysząc nazwę miasta pokazuje nam krótszą drogę. Planowaliśmy jechać przez Santiago ... Ale nam odradza. Jadąc palcem po mapie mówi, że tędy zaoszczędzimy czas. Czy ma rację? Nie wiadomo. Nie będzie czasu, by sprawdzić trasę przez Santiago.

Ustalona trasa na ten dzień.
Sosua - Cabarete – Sabaneta de Yasica – Jamao al Norte – San Victor – Moca – La Vega – Santo Domingo – San Cristobal – Bani – Azua – Barahona.

Wszystko gotowe do drogi. Jedyny nierozwiązany problem ... Kto siada za kółkiem? Wszystko zostaje w rękach męża. Ruszamy. Pierwszy przystanek – stacja benzynowa. Paliwo na Dominikanie odmierzane jest w galonach. Tankujemy do pełna. Koszt ok 2 000 RDS. Chłopaki pytają jeszcze o mapę Dominikany, ale w sklepie nie ma takiego produktu. Ani w tym, ani w żadnym dookoła. Nie ma !!! Cóż – pozostaje słownik polsko-hiszpański i Przewodnik Marco Polo.
Wyjeżdżamy z Sosua. Pierwsze mijane miasto – Cabarete. Cel ostateczny to wysunięta najdalej na zachód Barahona ... Sporadycznie odwiedzana przez turystów. Planowane postoje? Ha! Gdybyśmy to wiedzieli, to byśmy sobie inaczej życie ułożyli ... Podczas tej przygody zauważymy, że Dominikana ma baaaaaardzo odmienne krajobrazy.

Z Sosua do Cabarete to zaledwie 10 kilometrów. Miasto wydaje się bardziej zatłoczone niż Sosua. Tak naprawdę Cabarete to jedna, główna droga biegnąca wzdłuż wybrzeża. Hotele, restauracje, bary i budki z pamiątkami nadźgane tak gęsto, że sprawiają wrażenie jakby lada moment miały wyskoczyć na ulicę. Ale wystawy sklepowe przyciągają wzrok.
Wydaje się, że w Cabarete jest znacznie więcej sklepów niż w Sosua. Stan nawierzchni drogowej pod znakiem zapytania. Pas którym jedziemy całkiem w porządku, lecz ten drugi przeznaczony dla ruchu w przeciwnym kierunku ... Tak naprawdę nie istnieje. Na drodze jeden, wielki moloch. Mnóstwo ludzi idzie poboczem. Wolno sunące auta i motocykle wzbijają w powietrze śladowe ilości piaskowego pyłu.
Miasteczko mnie nie zachwyca. Chociaż jego atmosfera różni się od tej w Sosua i na swój własny sposób zdaje się być niepowtarzalna. To przecież główny ośrodek windsurfingu i kitesurfingu. W Przewodniku napisano, że niedaleko Cabarete znajduje się dobry teren dla początkujących nurków (płaskie rafy). W pobliżu jest również Park Narodowy El Choco (stalaktyty i stalagmity w jaskiniach, naczynia i narzędzia z czasów Indian Taino, jezioro kąpielowe). Tyle ciekawych miejsc ... A tu czas nie pozwala się zatrzymać. Może innym razem ;-)
Wyjeżdżamy z Cabarete w kierunku Rio San Juan. W Sabaneta de Yasica skręcamy w prawo. W kierunku Jamao al Norte i Moca.
Widoki coraz częściej pochłaniają naszą uwagę. Pojawiają się doliny pełne soczystej zieleni i pojedyncze, pochylone domki na stokach niewielkich wzniesień. Często, wzdłuż asfaltowej drogi wyrastają malutkie wioski. Kolorowe ubrania rozwieszone na płotach mocno rzucają się w oczy na tle ciemno-zielonych kotlin i szarości odległych gór. Im dalej się posuwamy, tym bardziej zmienia się krajobraz. Coraz rzadziej pojawiają się drzewka palmowe.

Trudno sobie wyobrazić Dominikanę bez palm kokosowych czy królewskich. A przecież i takie miejsca też będzie dane nam zobaczyć. Dobra droga, barwne domki i machające nam dzieciaki to częsty obrazek.


Nie wiemy, ile czasu pochłonie jazda - więc prawie się nie zatrzymujemy. Wiecznie głodny przyjaciel wyciąga ciastka i młóci jedno za drugim. Jest na Dominikanie po raz pierwszy. Wszystko go zachwyca. Najbardziej umykające za oknem samochodu widoki. Często otwiera okno i cyka fotki.
Drogi na Dominikanie są w dobrym stanie.


W dużo lepszym niż krążące o nich opinie. Oczywiście zdarzają się również nieudogodnienia w postaci ... braku znaków (wszelkiego typu) i progów, ale poza tym nie ma się czego uczepić.

W Los Brazos przejeżdżamy przez rzekę Rio Yasica. Jak na razie wszystko zgodnie z planem. Jakiś czas później miga nam przed oczami widok na dolinę Cibao. I jakieś miasto (sądząc z mapy - najprawdopodobniej Moca). Na horyzoncie ukazuje się pasmo Kordyliery Centralnej. Aż dech zapiera!!!


Ale konsekwentnie jedziemy dalej nie zatrzymując się. Pstrykanie fotek zostawiamy na drogę powrotną. Na pewno będzie łatwiej ... Będziemy znać już drogę i czas potrzebny na jej przejechanie. O tak!! Będziemy ... Człowiek uwielbia snuć plany, których realizacja okazuje się niemożliwa z prozaicznych przyczyn ... np. nęcący skrót !!!


Następne większe miasto to San Victor. A po nim Moca. Za przyciemnianą szybą samochodu przesuwają się wzgórza porośnięte plantacjami juki i bananów. Stoki upstrzone pojedynczymi domkami i bydłem (mieszkańcy Dominikany to niezrównani hodowcy bydła).

Między Moca a La Vega znajduje się Park Historyczny La Vega Vieja. W Przewodniku napisano, że na szczycie Santo Cerro (Świętej Góry), w 1495 roku Kolumb postawił krzyż. To pamiątka po jedynym zmasowanym ataku zjednoczonych Indian na niewielki oddział Hiszpanów. Wierzących w czary tubylców przegonił ... cud. Mimo ostrzelania płonącymi strzałami drewniany krzyż się nie zapalił. Diego Colon spełnił życzenie ojca i na wierzchołku wybudował kościół. Kolumb po zwycięstwie u stóp góry założył miasto La Vega. Zniszczone potem przez trzęsienie ziemi. Jego ruiny można obejrzeć właśnie w tym Parku.
Na mapie wszystko pięknie wygląda. Znacznie gorzej mają się sprawy ze znakami wskazującymi dojazd. Oczywiście przeoczyliśmy znaki i g... widzieliśmy.
W La Vega wjeżdżamy na autostradę, która rozpoczyna się w Santiago. Biegnie przez La Vega, a kończy (biorąc pod uwagę naszą trasę) daleko za Santo Domingo. W Bani. To szeroki i spory odcinek drogi, który można łatwo pokonać.
Nasz przyjaciel, który pilotuje kierującego samochodem męża - zasypia ... Pewnie stwierdził, że na autostradzie raczej nie zboczymy z kursu.
Jedyny znak jaki rzuca mi się w oczy, to ten z napisem Villa Altagracia. Poza tym zdumiewa mnie to, co widzę na poboczu po obu stronach autostrady. Sprzedawcy! U nas nie do pomyślenia, aby przy trasie szybkiego ruchu rozkładali swe stragany handlarze. Na Dominikanie najzwyklejsza rzecz pod słońcem. Kolejne zaskoczenie ... Tutaj przy drogach sprzedaje się dosłownie wszystko: buty, skóry, mięso, owoce, ceramikę i metrowej średnicy placki maniokowe.
Nie wiem kiedy dopada mnie zmęczenie. Gdzieś między jednym snem, a drugim słyszę urywane rozmowy chłopaków ... Ich pytanie o drogę ... Potem znowu pytanie o drogę ... I jeszcze pytanie o drogę. Dobiega mnie obcy głos: ”... follow me ... ”. Ktoś podprowadza nas spory kawałek.

Ostre, gwałtowne hamowanie budzi mnie, ale zbyt późno. Kamera ląduje na mojej głowie, a ciało niebezpiecznie zsuwa się między fotele. Kurcze ... Wlepiam nos w szybę i co widzę? Meksyk to mało powiedziane! Mieliśmy ominąć stolicę kraju, a wylądowaliśmy w samym centrum!!! Stolica Dominikany to najważniejszy węzeł komunikacyjny. Każdy mieszkaniec wam to powie. Z tego miasta, we wszystkich kierunkach biegną najgłówniejsze trasy. Również tam gdzie i my zmierzamy. Czyli na południowy zachód obejmujący półwysep Baoruco i cudne plaże w okolicy Pedernales. Gdzieś przy granicy z Haiti, gdzie turyści zazwyczaj nie docierają.
Dostrzegam strużkę potu na czole męża. Za nic w świecie nie chciałabym znaleźć się teraz na jego miejscu. Stres i lęk udziela się wszystkim. Ale jak to mówią: "Odwaga to panowanie nad strachem, a nie brak strachu".
Na drogach jeden, wielki kocioł. Olbrzymie ciężarówki z belami drewna, samochody osobowe i motorki tłoczą się w upalnym popołudniu z każdej strony wzbijając w powietrze opary dymu i pyłu. Trąbią, zjeżdżają i wyjeżdżają ... uuuch! Co za młyn. Przeraźliwy hałas przyspieszających lub hamujących maszyn wdziera się w każdy zakątek mózgu. Brrr ... Uchylam szybko szybę. W twarz uderza mnie parne, ciężkie od kurzu powietrze. Czym prędzej zamykam okno, ciesząc się, że auto ma klimę. Na Dominikanie mieszka ok 9 mln. ludzi z czego prawie 4 mln w stolicy. Sami sobie wyobraźcie! Początki Santo Domingo to początki Ameryki – napisano w Przewodniku. Tutaj też jest kilka miejsc godnych zobaczenia, ale żadne z nas o tym nie myśli. Nie pamiętam jakim cudem, ani kiedy udaje nam się cało opuścić to piekło.

Przed oczami miga następna tablica. San Cristobal. Ojej ... Ostatnio czytałam, że to miasto leży 30 km od stolicy ... Czy to możliwe? Jeszcze parę lat, a zostanie wchłonięte przez Santo Domingo i utworzy jedną z jego dzielnic!
W stolicy kraju straciliśmy mnóstwo czasu. Więc nie ma mowy o tym, żeby coś zwiedzić. Np. miejsce, gdzie urodził się najsłynniejszy dominikański dyktator - Trujillo. Szkoda! Coraz bardziej oddalamy się od miejsca z kryptą, w której przez 3 miesiące spoczywał rządzący żelazną ręką przez ponad 30 lat człowiek. Rozumna istota zkrwi i kości która kradła, torturowała i którą świat okrzyknął mordercą ...
Tym samym odpuszczamy sobie sąsiadujący z miastem Park Narodowy Cuevas de Borbon o de El Pomier. Rezerwat archeologiczny z rysunkami Taino.

Czasem przystajemy, by zapytać o drogę – ale o odpowiedź w języku angielskim coraz trudniej.
Droga cały czas bardzo dobra, ale uważać trzeba. W miastach i większych wioskach drogę przecinają “progi”. I nie mają one nic wspólnego z tymi w Europie. W najmniej spodziewanym momencie rozpędzony samochód może zostać wyrzucony w górę z zadziwiającą siłą, albo urwać się koło ... A wszystko za sprawą asfaltowych lub cementowych wybrzuszeń na jezdni, których wysokość przyprawia o palpitacje serca. Czasem są to szerokie dołki, których nie sposób zauważyć na czas. Zwłaszcza wtedy, kiedy prowadząc auto jednocześnie zachwycasz się widokami. Ich głębokość potrafi obrócić w proch najśmielsze plany ...
Za miastem robimy krótki postój. Czekając na chłopaków przyglądam się dwóm chłopaczkom. Czyszczą buty niewiele starszemu, tuż przy drzwiach wejściowych do marketu. Obok nas parkuje ciężarówka pełna kóz i zasłania mi widok. Wraca mąż z zapasem wody. Wraz z nim, tuż przy otwartym oknie samochodu wyrastają oni ... Ci dwaj, co wcześniej czyścili buty i mówią coś. Po hiszpańsku!! Dostają drobne i odchodzą. Wraca nasz kolega ze sporym zapasem ciastek, batonów i wielkim kawałkiem pizzy ... Ruszamy dalej.

Pech dopada nas 50 km dalej. Coś niedobrego zaczyna się dziać z autem. Wyje coraz głośniej ... O o o o !
Dojeżdżamy do założonej przez imigrantów z Wysp Karaibskich Bani. Z Santo Domingo do tego miasta to zaledwie 70km. Ale z Bani do Barahony ... 3 razy tyle. Rzężące auto nie stresuje mnie tak, jak chłopaków. Rozglądam się na boki. Skakam z lewej na prawą stronę i na odwrót. Otwieram szyby. Nagrywam.


Bani to zadbane miasteczko. W Przewodniku napisano że w mieście jest małe muzeum, gdzie można się dowiedzieć o paru faktach z życia Maxsimo Gomeza. Człowieka legendy. Sławnego obywatela miasta. Czczonego również na Kubie, jako bohatera (brał udział w tamtejszym ruchu narodowowyzwoleńczym).
Nie tylko z powodu auta, ale i również naszej niewiedzy - nie zbaczamy z kursu. A szkoda. Bo skręcając w mieście na prawo, przejeżdżając przez Boca Canasta dojechalibyśmy do Paya de Bani. Nadłożylibyśmy niecałe 5 km w jedną stronę, a być może zobaczyli coś pięknego.
Przed samym wyjazdem z Bani, mogliśmy również skręcić w prawo i mijając Matanzas, dojechać do Las Salinas (wioski rybackie). Ta miejscowość leży na terenie kolejnego Parku Narodowego Dunas de las Calderas. W przewodniku napisano, że jest tu największa w kraju baza marynarki wojennej. Musielibyśmy jednak nadłożyć ok 20 km w jedną stronę. Wracając, nie trzeba by było - co prawda - cofać się aż do miasta. Lecz zaraz za Las Calderas skręcić w lewo i minąć Arroyo Hondo. Następnie skręcić w prawo, minąć Villa Fundacion i wyjechać w Las Carreras, które leży na naszej trasie.

Między Bani a Azua zatrzymujemy się. Chłopaki oglądają wóz. Nie chcą mi powiedzieć co się dzieje ... Wyciągnięta prawie siłą informacja - “samochód stracił moc” niewiele mi mówi. Ale do sprawy podchodzimy spokojnie. Panika to kiepski przewodnik.
Staje na tym, że w pierwszym napotkanym mieście poszukamy mechanika. Mamy nadzieję, że problem uda się szybko rozwiązać i dojedziemy przed nocą do Barahony. Tam czeka na nas przyjaciel z rodziną.
Samochód ma kłopoty. Kłopoty przez duże "K". Pod niewielkie górki pedał gazu dociskany jest do deski. A on ledwo wciąga !!! I słychać go na znaczną odległość. Wrrrr ... Brrrr ...
Azuę minęliśmy jakiś czas temu. Nie wiadomo ile jeszcze do jakiegoś miasta. Samochód w zastraszającym tempie traci paliwo! Nikomu nie jest do śmiechu. A niech to – nikt nie spodziewał się takiego numeru!!!
Hurrra!!! Jest miasteczko i jest stacja benzynowa! Tankujemy do pełna. Pytamy o mechanika i ups ... Mężczyźni ze stacji benzynowej nie rozumieją angielskiego. Daję nura do bagażnika w poszukiwaniu słownika. Jest! Wyszukuje odpowiednie słowo ... - "Mecanico???", pytam cicho bardziej siebie, niż innych. Pracownicy dziwnie na nas zerkają. Nie mówią nic, tylko patrzą .......................... I patrzą .......................................... - "Mecanico !!!" powtarza mąż. - "Mecanico? .......... No .......... No mecanico", słyszymy w odpowiedzi. No to super. Ale wskazują pobliską dróżkę. Aha. Oni nam nie pomogą. Trzeba jechać tam, gdzie pokazali. Ich ciemne oczy zdają się mówić – Turyści? Tutaj?! Zaczyna się robić gorąco ... Zbyt gorąco. Podjeżdżamy we wskazane miejsce. Budzimy powszechne zainteresowanie gapiów. Ryczący samochód słabo. Bardziej nasze białe gęby.
Mąż stara się wyjaśnić o co chodzi. Milknie słysząc chrapliwe: - “Que?” Nic, tylko paść na kolana i walić łbem w asfalt!!! Im więcej mówimy, tym szybciej obcy mężczyzna kręci głową.
Nie dogadamy się. Totalna klapa. Ostatnie koło ratunkowe ... Telefon do przyjaciela! Całe szczęście, że był w domu i odebrał. Co się okazało ... Koszt naprawy jakieś 1000 RDS. Co robić? Przecież nie ma wyboru. Kiedy dobijamy targu mężczyzna wsiada za kierownicę naszego auta i gestem zaprasza nas do środka. O co tym razem chodzi??? Kolejny telefon do naszego przyjaciela - Zenka. Aha! Trzeba jechać i znaleźć kogoś, kto okazuje się niezbędny do rozwiązania problemu. Stojący od dłuższego czasu na rogu ulicy mężczyzna z koszem na głowie traci zainteresowanie i odchodzi.

Podjeżdżamy pod jeden z kolorowych domków. Wychodzi kobieta i chwilę rozmawia z mężczyzną. Jedyne słowo jakie wyłapuje z potoku innych to “colmado”.
Zawracamy. Sklecamy łamaną hiszpańszczyzną pytanie. Nasz nowy znajomy nie jest zbyt rozmowny. Albo nie widzi sensu, by się męczyć ...
Zatrzymujemy się pod sklepem. Mężczyzna, którego szukaliśmy wymienia kilka zdań z kierowcą i odchodzi. Znów pojawia się nieprzyjemne uczucie gorąca.
Jedziemy dalej. Facet, który prowadzi nasze auto próbuje nam coś powiedzieć. Ale zaliczamy się do ciężkich przypadków. Podjeżdżamy pod inny dom. Kolejny mężczyzna i kolejna rozmowa która spełza na niczym. Nie wiemy o co chodzi. Nie mają sprzętu? Czy nie ma nikogo kto by to naprawił? A może po prostu na dziś już skończyli pracę ...? Nerwy mamy napięte do granic wytrzymałości. Co się stanie, jeśli nie uda się podreperować auta? Zadzwonilibyśmy do przyjaciela z Barahony ... Zadzwonilibyśmy ... Gdyby na karcie telefonicznej była wystarczająca ilość pieniędzy. Ale nie było!
Mąż wyrywa mi słownik. Składając hiszpańskie słówka pyta, czy dojedziemy takim autem do Barahony. Ostatnie godziny to dla niego duży stres. I najprawdopodobniej przyczyna tego, co zaraz się wydarzy. Zapędza się ... I pytanie brzmi, coś mniej więcej w tym stylu: “Czy dojadę koniem do Barahony?”. Wpadki się zdarzają. Ale ta jest na tyle rozbrajająca, że rozładowuje napięcie i wywołuje ogólny śmiech.
Mężczyzna stara się wolno wyjaśnić, że jeśli cofniemy się trasą którą przyjechaliśmy - do sąsiedniego miasta, to tam napewno samochód naprawią. Pytam ile kilometrów – on, że dwa. Co było robić. Zgadzamy się. Z dwóch kilometrów zrobiło się 10. Ale udaje się. Nie minęła godzina, a samochód jest zespawany. Nareszcie!!! Mam ochotę skakać. Koszt naprawy 550 RDS. Odwozimy mężczyznę na miejsce wciskając mu w dłoń 5 USD. On dyskretnie zerka na banknot i jego twarz rozjaśnia się w uśmiechu. Jesteśmy mu bardzo wdzięczni za okazaną pomoc i opiekę.

Gnamy dalej. Zatrzymujemy się parę kilometrów przed Barahoną. Robimy zdjęcia odległym szczytom. Jadącej w żółwim tempie ciuchci i machającym maszynistom.


Noc obejmuje mackami coraz większą część karaibskiego nieba, ale nas to nie przeraża. Do celu brakuje zaledwie kilka kilometrów.

Kliknij, aby przejść do części siódmej

Więcej zdjęć na dominicana.com.pl
_________________
Dominikana
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template spacevision v 0.3 modified by Nasedo. Done by Salseros

Forum dominikana

Dominikana wakacje, zdjęcia, informacje

Strona wygenerowana w 0,22 sekundy. Zapytań do SQL: 10