UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii (brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich używanie)
Forum Dominikana www.forum.dominicana.com.pl  Strona Główna

Poprzedni temat :: Następny temat
Książki, literatura, proza, Dominikana
Autor Wiadomość
sirga 
WŁADCA TORTUGI


Wiek: 48
Dołączyła: 11 Cze 2007
Posty: 2099
Wysłany: 20-06-2009, 22:33   Książki, literatura, proza, Dominikana

Święto kozła - Mario Vargas Llosa

Urania Cabral wraca do Dominikany po trzydziestu latach, choć obiecała, że nigdy tego nie uczyni. Jej wspomnienia przenoszą czytelnika w czasy, gdy w Republice Dominikańskiej rządził Rafael Trujillo. To właśnie ostatnie dni dominikańskiego dyktatora są osnową najnowszej książki Maria Vargasa Llosy. Czytelnik poznaje przerażającą machinę terroru, staje oko w oko z okrutnym tyranem, którego krwawe rządy zakończyła śmierć z rąk zamachowców.


Mario Vargas Llosa z trudnym do naśladowania rytmem narracji i z ogromną precyzją opowiada o tym, jak uprawiano politykę, drogą usłaną ofiarami, a także o tym, jak niewinna z pozoru istota może się przeobrazić w okrutnego mściciela.
"Diabelskie nasienie" to książka wybitna obok której nie można przejść obojętnie.

Mario Vargas Llosa, pisarz peruwiański - jeden z czołowych twórców literatury iberoamerykańskiej. Urodził się w 1936 roku w Arequipie. Studiował w Peru i Boliwii, doktoryzował się w Madrycie. O dwielu lat mieszka w Europie. Jego karierę zapoczątkowała powieść Miasto i psy, która otrzymała nagrodę Biblioteca Breve i Nagrodę Krytyki. Napisał też inne powieści cieszące się uznaniem czytelników i krytyków na całym świecie: Zielony dom, Kto zabił Palomina Molero?, Wojna końca świata, Gawędziarz, Rozmowa w "Katedrze", Pantaleon i wizytantki, Ciotka Julia i skryba. Uprawia także esej literacki, którego szczytowym osiągnięciem jest Prawda kłamstw - wydany przez REBIS w serii "Konstatacje" znakomity zbiór analiz dwudziestu pięciu najważniejszych powieści dwudziestego wieku. Próbował też sił w teatrze. Jest laureatem wielu hiszpańskich i latynoamerykańskich nagród literackich. Za powieść Lituma w Andach (1993) otrzymał prestiżową Premio Planeta.

źródło:czytelnia.onet.pl
źródło:esensja.pl
_________________
Dominikana
  
 
 
sirga 
WŁADCA TORTUGI


Wiek: 48
Dołączyła: 11 Cze 2007
Posty: 2099
Wysłany: 20-06-2009, 22:41   

Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao - Junot Diaz

Prześmiewcza, gorzka, ironiczna, rozgadana, dziwaczna – taka jest głośna książka dominikańskiego pisarza Junota Diaza „Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao”, rzecz o klątwie – klątwie, która zawisła nad całym narodem. Tylko w DZIENNIKU przedpremierowy fragment powieści nagrodzonej w zeszłym roku Nagrodą Pulitzera.


"Mówią, że to przyszło z Afryki, w krzykach zniewolonych; że było śmiertelną klątwą Tainów wypowiadaną w chwili, gdy jeden świat ginął, a drugi się rodził; że było demonem wciągniętym do wszechświata przez piekielne wrota, które uchylono na Antylach. Fukú americanus lub bardziej kolokwialnie fukú – w ogólności klątwa, fatum, a w szczególności „klątwa i fatum Nowego Świata”. Zwane również fukú Wielkiego Admirała, ponieważ to właśnie on był zarówno jego akuszerem, jak i jedną z najsłynniejszych ofiar wśród Europejczyków; bo chociaż „odkrył” Nowy Świat, zmarł zgorzkniały i wyniszczony przez syfilis, słysząc (dique) boskie głosy. W Santo Domingo, Miejscu Najbardziej Przezeń Ukochanym (Oscar nazwie je później Punktem Zerowym Nowego Świata) samo imię Wielkiego Admirała stało się synonimem obydwu rodzajów fukú, dużego i małego; wypowiedzenie na głos jego imienia, a nawet usłyszenie go, jest tam równoznaczne ze ściągnięciem nieszczęścia na siebie i najbliższych.
Bez względu na brzmienie i pochodzenie tego słowa powszechnie uważa się, że przybycie Europejczyków na Hispaniolę sprowadziło fukú na cały świat i od tamtej pory wszyscy siedzimy po uszy w tym gównie. Santo Domingo może być dla fukú Kilometrem Zerowym, portem przybycia, wszyscy jednak jesteśmy jego dziećmi, choć nie musimy o tym wiedzieć.

Tylko że fukú to nie tylko stare dzieje, historia niesamowita sprzed lat, która przestała straszyć. Za czasów moich rodziców fukú było czymś cholernie prawdziwym, było czymś, w co każdy przeciętny człowiek mógł uwierzyć. Każdy znał kogoś, kogo dotknęło fukú – tak jak każdy znał kogoś, kto pracował w Palacio. Można powiedzieć, że wisiało w powietrzu, chociaż, jak ze wszystkimi najważniejszymi rzeczami na wyspie, nie było czymś, o czym tak naprawdę się mówiło. Ale w tamtych czasach fukú trzymało się dobrze; miało nawet kogoś w rodzaju hypemana, można rzec – arcykapłana. Był nim nasz ówczesny dożywotni dyktator, Rafael Leónidas Trujillo Molina*. Nikt nie wie, czy Trujillo był sługą czy panem Klątwy, jej inspiratorem czy wykonawcą, nie ulegało jednak wątpliwości, że jego i ją łączyło pewne porozumienie, że tych dwoje trzymało się r a z em. Nawet w kręgach ludzi wykształconych panował pogląd, że jeśli ktoś knuje przeciwko Trujillowi, ściągnie na siebie wyjątkowo potężne fukú, które dotknie jego bliskich przynajmniej do siódmego pokolenia. Jeśli choćby źle się pomyśli o Trujillu, fuá [fuá – tu: a fe!, okropieństwo], huragan zwieje twoją rodzinę do morza, fuá, głaz spadnie z czystego nieba i zrobi z ciebie miazgę, fuá, krewetka zjedzona wczoraj zamienia się w skurcz zabijający cię jutro. Co tłumaczy, dlaczego wszyscy, którzy próbowali go zgładzić, zawsze trafiali do piachu, i dlaczego tych kolesiów, którym się udało go sprzątnąć, wszystkich spotkała tak straszna śmierć. A sam, kurwa, Kennedy? Właśnie on w 1961 roku zapalił zielone światło dla zamachu na Trujilla, właśnie on polecił CIA dostarczyć broń na wyspę. Złe posunięcie, kapitanie. Bo eksperci wywiadu nie poinformowali Kennedy’ego o czymś, o czym wie każdy bez wyjątku Dominikańczyk, najbogatszy jabao [jabao – mieszanka rasowa: biała skóra, jasne włosy plus cechy negroidalne] w Mao i najbiedniejszy güey [güey – rogacz, również: koleś] w El Buey [buey – wół], najstarszy anciano sanmacorisano [anciano sanmacorisano – staruszek z San Pedro de Macorís] i najmłodszy carajito [carajito – gówniarz, tu: dominikański sposób zwracania się do dzieci, których imion się nie pamięta] w San Francisco: że ktokolwiek zabije Trujilla, na jego rodzinie zaciąży fukú tak straszne, że w porównaniu z nim to, które przyczepiło się do Wielkiego Admirała, wyda się jojote [jojote – niedojrzały]. Chcecie poznać ostateczną i definitywną odpowiedź na pytanie komisji Warrena – kto zabił Kennedy’ego? Pozwólcie mnie, waszemu skromnemu Watcherowi, wyjawić raz na zawsze najprawdziwszą, Bóg mi świadkiem, prawdę: to nie mafia, ani LBJ, ani duch Marilyn Kurwa Monroe. To nie UFO ani KGB, ani samotny zabójca. Ani bracia Hunt z Teksasu, ani Lee Harvey, ani Komisja Trójstronna. Kennedy’ego zabił Trujillo; zabiło go fukú. Jak myślicie, do coñazo [coñazo – cholery], skąd się wzięła tak zwana klątwa Kennedych?** A Wietnam? Jak sądzicie, dlaczego największe mocarstwo na świecie przegrało swoją pierwszą wojnę z państwem Trzeciego Świata takim jak Wietnam? No, to chyba jasne, Negro [negro – czarny]. Może was zainteresować, że w chwili gdy Stany Zjednoczone coraz bardziej angażowały się w Wietnamie, LBJ przeprowadził nielegalną inwazję na Republikę Dominikańską (28 kwietnia 1965). (Santo Domingo było Irakiem, zanim Irak stał się Irakiem). Znakomite zwycięstwo militarne USA, po czym wiele oddziałów i grup wywiadowczych, które wzięły udział w „demokratyzacji” Santo Domingo, natychmiast przerzucono do Sajgonu. I jak wam się wydaje, co ci żołnierze, technicy i agenci przenieśli w plecakach, walizkach, w kieszeniach koszul, na włoskach w nosie, zaschnięte na butach? Drobny prezencik od moich rodaków dla Ameryki, małe zadośćuczynienie za niesprawiedliwą wojnę. Zgadza się, moi drodzy. Fukú.

I dlatego warto zapamiętać, że fukú nie zawsze razi jak piorun. Czasem działa cierpliwie, stopniowo zatapiając gościa, jak w przypadku Wielkiego Admirała albo Amerykańców na polach ryżowych wokół Sajgonu. Czasem dopada powoli, innym razem szybko. Pod tym względem jest jak fatum, tym trudniej jest je ogarnąć albo się na nie przygotować. Ale możecie być pewni: jak promienie Omega Darkseida, jak klątwa Morgotha, bez względu na to, ile to cholerstwo pokona zakrętów i objazdów, zawsze – bez kitu: zawsze – dopadnie swoją ofiarę.
Tak naprawdę nie chodzi o to, czy wierzę w coś, co wielu opisuje jako Wielkie Amerykańskie Fatum. Gdybyście przeżyli tyle lat co ja w samym sercu kraju fukú, tego typu opowieści słyszelibyście bez przerwy. Każdy w Santo Domingo ma do opowiedzenia jakąś rodzinną historię związaną z fukú. W Cibao mieszka z dwunastoma córkami mój wujek, który wierzy, że przeklęła go dawna kochanka, żeby nigdy nie miał potomków rodzaju męskiego. Fukú. Jedna moja tía [tía – ciotka] jest przekonana, że omija ją szczęście, bo zaśmiała się na pogrzebie rywalki. Fukú. Mój abuelo [abuelo – dziadek] ze strony ojca wierzy, że diaspora jest zemstą Trujilla na pueblo [pueblo – naród], który go zdradził. Fukú.

Jeśli nie wierzycie w te „przesądy”, to świetnie. A właściwie lepiej niż świetnie – doskonale. Ponieważ bez względu na to, w co wierzycie, fukú wierzy w was.

Parę tygodni temu, kiedy kończyłem tę książkę, założyłem wątek fukú na dominikańskim forum, z czystej ciekawości. Ostatnio jestem aż tak zakręcony. Odzew był taki, że ja pierdzielę. Szkoda, że nie widzieliście, ile dostałem odpowiedzi. Ciągle pojawiają się nowe. I to nie tylko od Dominikańczyków. Portorykańczycy chcą mówić o fukús, a Haitańczycy mają podobne cholerstwo. Historii związanych z fukú są miliony. Nawet moja matka, która prawie nigdy nie mówi o Santo Domingo, zaczęła się dzielić ze mną swoimi opowieściami.
Pewnie już się domyśliliście, że i ja mam taką historię. Chciałbym móc powiedzieć, że jest najlepsza ze wszystkich – fukú numer jeden – ale nie mogę. Nie jest najstraszniejsza ani najbardziej czytelna, najbardziej bolesna ani najpiękniejsza.

Tak się składa, że akurat ta trzyma mnie za gardło.

Nie jestem do końca pewien, czy Oskarowi spodobałoby się to określenie. Historia związana z fukú. Był zagorzałym wielbicielem science fiction i fantastyki, wierzył, że wszyscy jesteśmy częścią takiej właśnie opowieści. Pytał: Czy może być coś bardziej science fiction niż Santo Domingo? Czy może być coś bardziej fantasy niż Antyle?
Teraz jednak, gdy wiem, jak to się wszystko kończy, ja z kolei muszę zapytać: Czy może być coś bardziej fukú?
I jeszcze jedno, Toto, nim Kansas zrobi pa, pa: tradycyjnie w Santo Domingo kiedykolwiek się wypowiedziało albo podsłuchało imię Wielkiego Admirała, kiedykolwiek fukú znowu dawało o sobie znać, istniał tylko jeden sposób, żeby katastrofa nie owinęła się wokół ciebie, tylko jedno niezawodne kontrzaklęcie, które zapewniało bezpieczeństwo tobie i twoim bliskim. Jak można się spodziewać, jest to słowo. Proste słowo (po którym zwykle następuje energiczne skrzyżowanie palców wskazujących).
Zafa. [zafa – fuks, uwolnienie się od czegoś]
Kiedyś było bardziej popularne, było bardziej znane, że tak powiem, w Macondo niż w McOndo. Wciąż jednak są ludzie, jak na przykład mój tío [tío - wujek] Miguel w Bronksie, który „zafuje” wszystko. Jest aż tak oldschoolowy. Jeśli drużyna New York Yankees popełni błąd w ostatnich rundach – zafa; jeśli ktoś przyniesie z plaży muszelki – zafa; jeśli poda się komuś parcha [parcha – kwiat i owoc marakui] – zafa. Zafa dwadzieścia cztery godziny na dobę w nadziei, że pech nie zdąży zadziałać.
Nawet w tej chwili, kiedy piszę te słowa, zastanawiam się, czy ta książka nie jest czymś w rodzaju zafa. Moim własnym kontrzaklęciem.

*** Dla tych, którym umknęły obowiązkowe dwie sekundy historii Dominikany: Trujillo, jeden z najbardziej osławionych dyktatorów XX wieku, rządził Republiką Dominikańską od 1930 do 1961 roku z nieprzejednaną i bezwzględną brutalnością. Korpulentny, sadystyczny mulat o świńskich oczkach, który wybielał sobie skórę, chodził w butach na platformach i miał słabość do odzieży z czasów napoleońskich, z czasem przejął kontrolę nad niemal każdym aspektem życia politycznego, kulturalnego, społecznego i gospodarczego RD dzięki potężnemu (i znajomemu) połączeniu przemocy, zastraszania, rzezi, gwałtu, werbunku i terroru; Trujillo (zwany również El Jefe, Niewydarzonym Krowokradem i Popierdolem) traktował cały kraj, jakby był jego plantacją, o on jej właścicielem. Na pierwszy rzut oka typowy latynoski caudillo [caudillo – przywódca], lecz niewielu historyków i pisarzy jak dotąd zdołało uchwycić, czy choćby, śmiem twierdzić, pojąć grozę jego potęgi. Był naszym Sauronem, naszym Arawnem, naszym Darkseidem, naszym Dyktatorem Raz Na Zawsze, personaje [personaje – postać] tak dziwaczną, tak przewrotną, tak straszną, że nawet pisarz science fiction nie byłby w stanie wymyślić takiego porąbańca. Zasłynął z tego, że PRZEMIANOWAŁ WSZYSTKIE ZNANE MIEJSCA w Republice Dominikańskiej na własną cześć (Pico Duarte stało się Pico Trujillo, a Santo Domingo de Guzmán, pierwsze i najstarsze miasto Nowego Świata – Ciudad Trujillo); że zmonopolizował każdą cząstkę majątku narodowego (dzięki czemu szybko stał się jednym z najbogatszych ludzi na naszej planecie); że stworzył jedną z największych armii na tej półkuli (koleś miał do dyspozycji oddziały bombowców, do kurwy nędzy); że przeleciał każdą gorącą laskę w zasięgu wzroku, nie wyłączając żon swych podwładnych, tysiące, dziesiątki tysięcy kobiet; że spodziewał się, nie, żądał, całkowitego uwielbienia ze strony swego pueblo (znamienne było to, że narodowe hasło brzmiało: „Dios y Trujillo” [Dios y Trujillo – Bóg i Trujillo]; że kierował krajem, jakby to był obóz dla rekrutów marines; że bez powodu pozbawiał przyjaciół i sojuszników stanowisk i majątków; i że posiadał niemal nadprzyrodzone zdolności. Do największych jego osiągnięć zaliczają się: eksterminacja ludności haitańskiej i haitańsko-dominikańskiej w 1937; jedna z najdłuższych i najbardziej destrukcyjnych dyktatur wspieranych przez USA na półkuli zachodniej (jeśli my, latynoskie typy, jesteśmy w czymś dobrzy, to w tolerowaniu wspieranych przez USA dyktatorów, zwycięstwo było trudne, Chilijczycy i Argentyńczycy wciąż protestują); stworzenie pierwszej nowoczesnej kleptokracji (Trujillo był Mobutu, zanim Mobutu został Mobutu); systematyczne przekupywanie amerykańskich senatorów; i na koniec, choć nie celowo – rozwinięcie nowoczesnego państwa wśród dominikańskich ludów (dokonał czegoś, co się nie udało w czasie okupacji amerykańskiej jego szkoleniowcom z marines).

** Coś dla was, zdurniałych wielbicieli teorii spiskowych: tego wieczoru, kiedy John Kennedy Junior, Carolyn Bessette i jej siostra Lauren rozbili się samolotem Piper Saratoga, ulubiona służąca ojca John-Johna, Dominikanka Providencia Parédes, przygotowywała w Martha’s Vineyard jego ulubione danie – chicharrón de pollo [chicharrón de pollo – pieczony kurczak]. Ale fukú zawsze zaczyna jeść pierwsze i pożywia się w samotności.

Fukú to wyjątkowo uporczywa klątwa. Przekleństwo na twą głowę i wszystkich twych najbliższych!
Chyba że uda ci się znaleźć zafę, która je z ciebie zdejmie."


Oscar jest wyjątkowym dziwakiem. Nastoletni Dominikańczyk, który mieszka w Stanach z siostrą i matką - zbyt cichy, zbyt gruby, zbyt brzydki i cudaczny, żeby istniał naprawdę. Fukú. Maniak literatury SF, gier komputerowych i Gwiezdnych wojen. Jedyny w historii Dominikany prawiczek uzależniony od seksu, który zakochuje się na zabój średnio co dziesięć minut. Fukú. Po kolejnym zawodzie miłosnym i kolejnej próbie samobójczej matka wysyła go do babci na Dominikanę, gdzie Oscar oczywiście od razu się zakochuje. W starszej od siebie prostytutce. Fukú. Wybrance szefa policji. Fukú. I nagle historia wielopokoleniowej rodziny zaczyna się powtarzać...
Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao to opowieść o sile i wytrwałości ludzi, którzy walczą z dyktaturą. Dyktaturą losu, przeznaczenia, rodziny, polityki. To drapieżna, boleśnie prawdziwa i zarazem przekomiczna książka, pełna czarnego humoru i napisana zjadliwym językiem. Prawdopodobnie tylko Junot Díaz potrafi pisać o świecie pełnym okrucieństwa, którym rządzi generał Trujillo, dominikański Sauron, w tak świeży i uwodzicielski sposób. Wyrazisty głos, bezkompromisowe spojrzenie na rzeczywistość i doskonały warsztat literacki od razu zyskały mu miano jednego z najciekawszych współczesnych pisarzy. W jego powieściowym debiucie dzieje dziwacznego nastolatka, który cytatami z Tolkiena próbuje zdobyć serca kobiet, nakładają się na dzieje kilku pokoleń jego rodziny, a te na dzieje całego narodu dominikańskiego.

To powieść o fukú.
Ta powieść to zafa.

źródło:www.dziennik.pl
źródło: merlin.pl
źródło:www.znak.com.pl
_________________
Dominikana
 
 
sirga 
WŁADCA TORTUGI


Wiek: 48
Dołączyła: 11 Cze 2007
Posty: 2099
Wysłany: 20-06-2009, 22:59   

Anacaona, Złoty Kwiat - Danticat Edwidge

Anacaona jest czczona na Haiti po dziś dzień, jako bohaterka walki przeciw kolonializmowi i jedna z wielu kobiet, która ostatecznie doprowadziła do pomyślnej Rewolucji Haitańskiej i Czynu Niepodległościowego w 1804. Imię Anacaona wspomina się również obok innych Haitańczyków, którzy odegrali znaczącą rolę w historii, tj: Toussaint Louverture i Jean Jacques Dessalines. Domagano się nawet by jej postać stała się znaczącą ikoną we wczesnej historii Haiti i w konsekwencji pierwszą założycielką ich kraju. Została uwieczniona w przeplatających się historiach zarówno Haiti jak i Dominikany. W obu krajach jej imię jest dobrze znane.


Książka o dziejach królowej


źródło:en.wikipedia.org
źródło:thelouvertureproject.org
źródło:www.fantasticfiction.co.uk
źródło:diariohorizonte.com
_________________
Dominikana
 
 
sirga 
WŁADCA TORTUGI


Wiek: 48
Dołączyła: 11 Cze 2007
Posty: 2099
Wysłany: 07-08-2009, 08:37   

Topiel - Junot Diaz

Rozpisana na dziesięć opowiadań historia dominikańskiej rodziny rozdartej między Santo Domingo i USA. Díaz przedstawia osobistą opowieść o niedającej się zaspokoić tęsknocie za lepszym życiem. Bez patosu, moralizowania i stereotypów mówi o ulicznym życiu, slumsach i dramacie wykluczenia, o rozbiciu rodziny powodowanym przez emigrację, o kompleksie niższości i zmaganiach z codziennością ubogiego kraju. Jednak momenty szczęścia ukryte we wspomnieniach z dzieciństwa, komiczne przypadki rodzinnych spotkań, a zwłaszcza niepowstrzymana karaibska energia nie pozwalają mu się stoczyć.

Pisarstwo Díaza, wschodzącej gwiazdy amerykańskiej prozy, jest autentyczne, celne i do bólu szczere. W poetyce bliskiej opowiadaniom Raymonda Carvera i filmom Petra Zelenki Díaz odkrywa dla nas z pozoru zwyczajne sytuacje i miejsca, przez które przeziera chropowata rzeczywistość. Pokazuje, jak świat wokół nas naznaczają wspomnienia, tęsknoty i nadzieje.


Głównym bohaterem oraz pierwszoosobowym narratorem tych krótkich próz jest Junior, który w kolejnych historiach opowiada o sobie i swojej rodzinie. Jego ojciec, Ramon de las Casas opuszcza Dominikanę tuż przed czwartymi urodzinami najmłodszego syna. Jak dziesiątki mieszkańców Santo Domingo, w poszukiwaniu lepszego życia wyrusza do Stanów Zjednoczonych. Od tej pory Junior i jego starszy brat Rafa wychowywani są przez matkę, która, choć pracuje na ich wspólne utrzymanie po kilkanaście godzin dziennie, i tak ledwo wiąże koniec z końcem. Jak opowiada później Junior: „Byliśmy biedni. Biedniejsi moglibyśmy być tylko, gdybyśmy mieszkali w campo [campo – wieś] albo gdybyśmy byli haitańskimi imigrantami […] Nie jedliśmy kamieni, ale także nie jedliśmy mięsa ani fasoli […] Kiedy ja i Rafa jak co roku dostawaliśmy robaków, to tylko oszczędzanie na obiadach pozwalało Mami kupić verminox”. Pierwsze dziesięć lat życia upływa Juniorowi bez ojca , którego zna tylko z fotografii: „Nie wiedziałem, że nas porzucił. Że czekanie na niego było po prostu udawaniem”. W końcu Ramon wraca do stolicy Dominikany po swoją rodzinę, o której w międzyczasie zdążył zresztą na swój sposób „zapomnieć”. Rozpad jego związku z poznaną w Stanach Nildą, nowa obiecująca praca i wizja własnego mieszkania, a także wyrzuty sumienia sprawiają, że ostatecznie Junior, Rafa i ich matka, Virta, również otrzymują szansę na życie w nowym, wspaniałym świecie.

Wydawać by się mogło, że powyżej streściłem całą fabułę debiutanckiej książki Diaza, a przynajmniej przedstawiłem najważniejsze fakty z życia jej bohaterów. Nic podobnego. Choć Topiel to ledwie 150-stronicowa powieść rozpisana (a właściwie rozbita, gdyż jest to narracja nielinearna, w której nieuważny czytelnik momentami może się pogubić) na dziesięć opowiadań wprost niewyobrażalna jest gęstość i klarowność tej prozy. Diaz opowiada nie tylko o wspólnych przygodach Juniora i Rafy, o codziennych troskach i udrękach w stolicy Dominikany, biedzie, o ciężkim życiu ich matki czy wyprawie ojca do Stanów, której poświęca dopiero ostatnie opowiadanie w tomie pt. „Negocios”. Znajdziemy tutaj także przerażającą historię Izraela, chłopaka w masce („gdy był niemowlęciem, świnia wyżarła mu twarz, obrała ją ze skóry jak pomarańczę”), przeczytamy o ciotce Irmie i wujku Miguelu czy o porzucanej przez Chłopaka Dziewczynie mieszkającej piętro pod Juniorem, żyjącym już wtedy od lat w Stanach. Diaz opowiada zajmująco o dojrzewaniu Juniora, o próbach ułożenia sobie życia w nowym kraju, pierwszych przyjaciołach, zmienianych miejscach pracy, zmieniających się kobietach.
Czasami proza Diaza bawi do łez, opowieść Juniora bywa bowiem pełna błyskotliwych, dowcipnych (a innym razem dowcipnych, bo naiwnych) komentarzy i sytuacyjnego humoru, a czasami znowu wzrusza i poraża nas brutalna i bezkompromisowa historia rodzinnej nędzy, porzuconych przez ojca dzieciaków i skazanej na katorżniczą wręcz pracę oraz samotne prowadzenie domu matki. Najbardziej w stylu Diaza zachwyca mnie jednak zniewalająca poetyckość, zarazem subtelna i dobitna oraz konkretne, trafne, właściwie idealne metafory i porównania („Wciąż cię kocham, powiedziała, a ja zawstydziłem się za nas oboje, tak samo jak się wstydzę, oglądając rozmowy w popołudniowym programie, gdzie rozbite małżeństwa i nieszczęśliwe rodziny starają się zachowywać swobodnie”). Zachwyca mnie jego słuch językowy, a także frapujące, zmysłowe a przecież minimalistyczne opisy przedstawianego świata, postaci czy wnętrz („Jest dokładnie mojego wzrostu, pachnie płynem do mycia i ma maleńkie, cudowne myszki na szyi, cały archipelag, biegnący pod ubranie”). Cytowana na IV stronie okładki opinia z „Elle” mówiąca m.in. o „mistrzowskim opanowaniu warsztatu” przez Diaza w żadnym razie nie jest przekłamaniem.

Zdaje się, że Diaz należy do grona pisarzy, których styl określamy jako „perfekcyjny”. Nie dość, że Topiel jest stylistycznym arcydziełem, to jeszcze kolejne opowiadania czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem, jakbyśmy mieli do czynienia z powieścią przygodową, a nie kolejną historią rodziny rozdzielonej między Stanami Zjednoczonymi a ich ojczystym krajem. I mówiąc, że mamy do czynienia z „kolejną”, a więc w domyśle „podobną do innych” historią, chcę powiedzieć, że mimo wszystkich znanych już z literatury motywów i wątków (emigracja do USA; porzucenie rodziny; trudne początki w Stanach; nędzne życie tych, którzy zostali; dziecko jako narrator; trzymające się blisko i tworzące sobie „alternatywny świat” rodzeństwo itd.) jest to opowieść naprawdę wyjątkowa. Świeża i oryginalna niczym oprawa graficzna całej prozatorskiej serii Znaku. W jej opisie przeczytać można m.in., że będziemy mieli do czynienia z dziełami, które stworzą literacki kanon. Nie wiem jak Państwo, ale do mojego osobistego literackiego kanonu właśnie dołączyłem Topiel Junota Diaza.

źródło:ksiazki.wp.pl
_________________
Dominikana
 
 
sirga 
WŁADCA TORTUGI


Wiek: 48
Dołączyła: 11 Cze 2007
Posty: 2099
Wysłany: 18-03-2011, 19:40   

Autobiografia mojej matki (Autobiography of My Mother) - Jamajka Kincaid


"Moja matka umarła w momencie, kiedy jam się urodziła, i przez całe życie nic nie stało między mną a wiecznością", w niepokojący sposób pisze Jamajka Kincaid.


"Autobiografia..." jest opowieścią o życiu czarnoskórnej kobiety, 70-letniej Xueli, mieszkanki jednej z karaibskich wysp.
"Ta opowieść o moim życiu jest w równej mierze opowieścią o życiu mojej matki, co o moim, a oprócz tego opowieścią o życiu dzieci, których nie miałam i ich opowieścią o mnie"*.

Dodałabym do tego, że jest to opowieść o dzieciństwie, dojrzewaniu, dorosłości, starości i śmierci, czyli o tym, co bez względu na kolor skóry, kontynent, wykształcenie, majątek stawia nas wszystkich na tej samej, równej pozycji.

Jest to opowieść niezwykła, choć mówi o zwykłym życiu, wyróżniająca się spośród wszystkich innych opowieści, jednym słowem - niezapomniana. Szukam w myśli słów, które potrafiłyby "powiedzieć", dlaczego tak jest, i żadne z nich nie wydają mi się dostatecznie dobre, właściwe, w pełni oddające specyfikę tej autobiografii. Jednak spróbuję.

O niepowtarzalności tej opowieści niewątpliwie decyduje styl pisarstwa Jamaiki Kincaid. Język jest prosty i trafny jak strzała, liryczny, ale całkowicie wolny od kwiecistych przekłamań, świetnie oddaje rzeczywistość. Każda rzecz, każde odczucie jest tu nazwane po imieniu, bez nagromadzonych złudzeń, przewidzeń, mrzonek, do których skłonny jest umysł szukający ucieczki od rzeczywistości. Tymczasem bohaterka powieści nie boi się rzeczywistości, naznaczonej smutkiem, samotnością, brakiem miłości. Nauczyła się akceptować swoje życie i kochać siebie. Nie ma żadnych złudzeń, nie upiększa świata, nie wymyśla uczuć, których nie ma, a mimo to jej historia nie jest wcale pesymistyczna. Jest w niej jakaś instynktowna akceptacja losu, siła i duma.

Niektóre słowa, a nawet całe fragmenty książki autorka celowo powtarza, dzięki czemu całość brzmi jak "czarny song", jak magnetyczny rytm tam-tamów, jak pierwotna pieśń o życiu każdego z nas.

Dziewczyna, której matka umarła przy porodzie, dorastała w obcym, pozbawionym rodzinnego ciepła świecie zdominowanym przez białych mężczyzn. Nie mając oparcia w zajętym nową rodziną ojcu ani w macosze, odrzucona Xuela postanawia nigdy nie mieć dzieci - i decyzji tej pozostaje wierna. Wiedzie życie z pozoru zwyczajne - uczęszcza do szkoły, wychodzi za mąż, miewa romanse. Wszytko to jednak dzieje się w atmosferze wzajemnej nieufności, jaką czarnoskórzy mieszkańcy karaibskiej wyspy okazują sobie nawzajem, zamiast okazywać ją niedostępnym kolonizatorom, którym "z natury nie powinni ufać".

Jamaica Kincaid pochodzi z Antigui, od wielu lat mieszka w USA. Debiutowała w 1983 r. zbiorem opowiadań "At the Bottom of the River". Niektóre fragmenty jej książki powtarzają się jak frazy w muzyce. I właśnie dziełem muzycznym, zmierzającym do nieuniknionej konkluzji, wydaje się głęboko liryczna proza Kincaid, którą jej wielbiciele sytuują obok dzieł Caryla Phillipsa, Salmana Ruhdiego, a także karaibskiego noblisty Dereka Walcotta.

źródło:www.biblionetka.pl
źródło:www.amazon.com
_________________
Dominikana
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template spacevision v 0.3 modified by Nasedo. Done by Salseros

Forum dominikana

Dominikana wakacje, zdjęcia, informacje

Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 11